Artykuły

Johnson ogłasza, że ​​nie będzie biegał w 1968 r. - Historia

Johnson ogłasza, że ​​nie będzie biegał w 1968 r. - Historia



We are searching data for your request:

Forums and discussions:
Manuals and reference books:
Data from registers:
Wait the end of the search in all databases.
Upon completion, a link will appear to access the found materials.

31 marca 1968 prezydent Johnson ogłosił: „Nie będę starał się o nominację mojej partii na waszego prezydenta i nie zaakceptuję”. Rosnąca niepopularność wojny wietnamskiej była głównym czynnikiem, który przyczynił się do decyzji prezydenta.

Dobry wieczór, moi rodacy:

Dziś wieczorem chcę mówić o pokoju w Wietnamie i Azji Południowo-Wschodniej.

Żadne inne pytanie nie zajmuje tak naszego ludu. Żaden inny sen nie pochłania tak 250 milionów ludzi żyjących w tej części świata. Żaden inny cel nie motywuje amerykańskiej polityki w Azji Południowo-Wschodniej.

Od lat przedstawiciele naszego rządu i nie tylko podróżują po świecie w poszukiwaniu podstaw do rozmów pokojowych.

Od września zeszłego roku realizują ofertę, którą upubliczniłem w San Antonio. Ta oferta była taka:

Że Stany Zjednoczone zaprzestaną bombardowania Wietnamu Północnego, gdy doprowadzi to szybko do owocnych dyskusji – i że założymy, że Wietnam Północny nie wykorzysta militarnie naszej powściągliwości.

Hanoi potępił tę ofertę, zarówno prywatnie, jak i publicznie. Nawet gdy trwały poszukiwania pokoju, Wietnam Północny pospieszył z przygotowaniami do okrutnego ataku na ludzi, rząd i sojuszników Wietnamu Południowego.

Ich atak - podczas świąt Tet - nie osiągnął swoich głównych celów.

Nie upadł wybrany rząd Wietnamu Południowego ani nie rozbił jego armii – jak oczekiwali komuniści.

Nie wywołało „powszechnego powstania” wśród mieszkańców miast, jak przewidywali.

Komuniści nie byli w stanie utrzymać kontroli nad żadnym z ponad 30 miast, które zaatakowali. I ponieśli bardzo ciężkie straty.

Ale zmusili Wietnamczyków Południowych i ich sojuszników do przeniesienia pewnych sił ze wsi do miast.

Spowodowali powszechne zamieszanie i cierpienie. Ich ataki i bitwy, które nastąpiły po nich, uczyniły uchodźcami pół miliona ludzkich istnień.

Komuniści mogą wznowić swój atak każdego dnia.

Wygląda na to, że starają się, aby rok 1968 był rokiem decyzji w Wietnamie Południowym – rokiem, który przynosi, jeśli nie ostateczne zwycięstwo lub porażkę, to przynajmniej punkt zwrotny w walce. To jest jasne:

Jeśli zorganizują kolejną rundę ciężkich ataków, nie zdołają zniszczyć siły bojowej Wietnamu Południowego i jego sojuszników.

Ale tragicznie jest to również jasne: wielu ludzi – po obu stronach walki – zginie. Naród, który cierpiał już 20 lat wojny, znów ucierpi. Armie po obu stronach poniosą nowe straty. A wojna będzie trwała.

Nie ma takiej potrzeby.

Nie ma potrzeby zwlekać z rozmowami, które mogłyby położyć kres tej długiej i krwawej wojnie.

Dziś wieczorem ponawiam ofertę, którą złożyłem w sierpniu zeszłego roku – powstrzymać bombardowanie Wietnamu Północnego. Prosimy, aby rozmowy rozpoczęły się natychmiast, aby były to poważne rozmowy na temat istoty pokoju. Zakładamy, że podczas tych rozmów Hanoi nie wykorzysta naszej powściągliwości.

Jesteśmy przygotowani do natychmiastowego dążenia do pokoju poprzez negocjacje.

Tak więc dziś wieczorem, mając nadzieję, że ta akcja doprowadzi do wczesnych rozmów, robię pierwszy krok w kierunku deeskalacji konfliktu. Ograniczamy – znacznie zmniejszamy – obecny poziom wrogości.

I robimy to jednostronnie i od razu.

Dziś wieczorem rozkazałem naszym samolotom i okrętom wojennym, aby nie przeprowadzały ataków na Wietnam Północny, z wyjątkiem obszaru na północ od strefy zdemilitaryzowanej, gdzie ciągłe nagromadzenie się wroga bezpośrednio zagraża wysuniętym pozycjom sojuszników i gdzie ruchy ich wojsk i zaopatrzenia są wyraźnie powiązane do tego zagrożenia.

Obszar, na którym powstrzymujemy nasze ataki, obejmuje prawie 90 procent ludności Wietnamu Północnego i większość jego terytorium. W ten sposób nie będzie ataków wokół głównych zaludnionych obszarów lub na obszarach produkcji żywności w Wietnamie Północnym.

Nawet to bardzo ograniczone bombardowanie Północy może zakończyć się wcześnie – jeśli naszemu powściągliwości będzie towarzyszyć powściągliwość w Hanoi. Ale nie mogę, z czystym sumieniem, zaprzestać wszelkich bombardowań tak długo, jak mogłoby to natychmiast i bezpośrednio zagrozić życiu naszych ludzi i naszych sojuszników. O tym, czy w przyszłości możliwe będzie całkowite wstrzymanie bombardowań, zadecydują wydarzenia.

Naszym celem w tej akcji jest doprowadzenie do zmniejszenia poziomu przemocy, która obecnie istnieje.

To ratowanie życia odważnych mężczyzn – i ratowanie życia niewinnych kobiet i dzieci. Ma pozwolić walczącym siłom zbliżyć się do porozumienia politycznego.

A dziś wieczorem wzywam Wielką Brytanię i Związek Radziecki – jako współprzewodniczących Konferencji Genewskich i jako stałych członków Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych – aby zrobiły wszystko, co w ich mocy, aby odejść od jednostronnego aktu deeskalacji. które właśnie ogłosiłem w kierunku prawdziwego pokoju w Azji Południowo-Wschodniej.

Teraz, podobnie jak w przeszłości, Stany Zjednoczone są gotowe w każdej chwili wysłać swoich przedstawicieli na dowolne forum, aby omówić sposoby zakończenia tej paskudnej wojny.

Na osobistego przedstawiciela w takich rozmowach wyznaczam jednego z naszych najwybitniejszych Amerykanów, ambasadora Averella Harrimana. Ponadto poprosiłem ambasadora Llewellyna Thompsona, który wrócił z Moskwy na konsultacje, aby był dostępny do przyłączenia się do ambasadora Harrimana w Genewie lub w innym odpowiednim miejscu – zaraz po tym, jak Hanoi zgodzi się na konferencję.

Wzywam Prezydenta Ho Chi Minha do pozytywnej i przychylnej odpowiedzi na ten nowy krok w kierunku pokoju.

Ale jeśli pokój nie nadejdzie teraz dzięki negocjacjom, nadejdzie, gdy Hanoi zrozumie, że nasza wspólna determinacja jest niezachwiana, a nasza wspólna siła jest niezwyciężona.

Dziś wieczorem my i inne sprzymierzone narody dostarczamy 600 000 bojowników, aby wesprzeć 700 000 żołnierzy południowowietnamskich w obronie ich małego kraju.

Nasza obecność tam zawsze opierała się na tym podstawowym przekonaniu: główny ciężar zachowania ich wolności musi spoczywać na nich – przez samych Wietnamczyków Południowych.

My i nasi sojusznicy możemy tylko pomóc zapewnić tarczę, za którą ludność Wietnamu Południowego może przetrwać, rosnąć i rozwijać się. Od ich wysiłków – od ich determinacji i zaradności – ostateczny wynik będzie zależał.

Ten mały, nękany naród ponosi straszliwą karę od ponad 20 lat.

Dziś wieczorem po raz kolejny składam hołd wielkiej odwadze i wytrwałości jej ludzi. Wietnam Południowy wspiera dziś wieczorem siły zbrojne liczące prawie 700 000 ludzi – i zwracam uwagę na fakt, że jest to odpowiednik ponad 10 milionów w naszej populacji. Jej lud utrzymuje silną determinację, by uwolnić się od dominacji Północy.

Myślę, że w ciągu ostatnich 3 lat nastąpił znaczny postęp w budowaniu trwałego rządu. Wietnam Południowy z 1965 roku nie mógł przetrwać wrogiej ofensywy Tet w 1968 roku. Wybrany rząd Wietnamu Południowego przetrwał ten atak – i szybko naprawia zniszczenia, które spowodował.

Wietnamczycy Południowi wiedzą, że potrzebne będą dalsze wysiłki:
--rozwijać własne siły zbrojne,
-- jak najszybciej wrócić na wieś,
– aby zwiększyć swoje podatki,
- wybrać najlepszych ludzi, których mają do odpowiedzialności cywilnej i wojskowej,
--aby osiągnąć nową jedność w ich konstytucyjnym rządzie, oraz
--włączyć do narodowego wysiłku wszystkie te grupy, które chcą zachować Południe

Kontrola Wietnamu nad własnym losem. W zeszłym tygodniu prezydent Thieu zarządził mobilizację 135 tysięcy dodatkowych Wietnamczyków Południowych. Planuje osiągnąć – tak szybko, jak to możliwe – całkowitą siłę militarną ponad 800 000 ludzi.

Aby to osiągnąć, rząd Wietnamu Południowego rozpoczął 1 marca rekrutację 19-latków. 1 maja rząd rozpocznie prace nad 18-latkami.

W zeszłym miesiącu 10 000 mężczyzn zgłosiło się na ochotnika do służby wojskowej – to dwa i pół razy więcej niż w tym samym miesiącu ubiegłego roku. Od połowy stycznia do sił zbrojnych dołączyło ponad 48 000 Wietnamczyków Południowych – a prawie połowa z nich zgłosiła się na ochotnika.

Wszystkim ludziom w południowowietnamskich siłach zbrojnych przedłużono dyżury służbowe na czas trwania wojny, a rezerwy są teraz wzywane do natychmiastowej czynnej służby.

Prezydent Thieu powiedział swoim ludziom w zeszłym tygodniu: „Musimy podjąć większe wysiłki i zaakceptować więcej poświęceń, ponieważ, jak wielokrotnie mówiłem, to jest nasz kraj. Stawką jest istnienie naszego narodu i jest to głównie odpowiedzialność Wietnamczyków”.

Ostrzegł swoich ludzi, że do wykorzenienia korupcji i niekompetencji na wszystkich szczeblach władzy potrzebny jest duży narodowy wysiłek.

Przyklaskujemy temu dowodowi determinacji ze strony Wietnamu Południowego. Naszym priorytetem będzie wspieranie ich wysiłków.

Przyspieszymy ponowne wyposażenie sił zbrojnych Wietnamu Południowego, aby sprostać zwiększonej sile ognia wroga. Umożliwi im to stopniowe podejmowanie większej części operacji bojowych przeciwko komunistycznym najeźdźcom.

Wielokrotnie mówiłem narodowi amerykańskiemu, że wyślemy do Wietnamu te siły, które są potrzebne do wykonania tam naszej misji. Tak więc, mając to jako nasz przewodnik, wcześniej autoryzowaliśmy poziom siły wynoszący około 525 000.

Kilka tygodni temu — aby pomóc w odparciu nowej ofensywy wroga — wysłaliśmy do Wietnamu około 11 000 dodatkowych żołnierzy piechoty morskiej i powietrznodesantowej. Zostały rozmieszczone drogą powietrzną w 48 godzin w trybie awaryjnym. Ale artyleria, czołgi, samoloty, medyczne i inne jednostki, które były potrzebne do współpracy i wsparcia tych oddziałów piechoty w walce, nie mogły im wtedy towarzyszyć drogą powietrzną w tak krótkim czasie.

Aby siły te mogły osiągnąć maksymalną skuteczność bojową, Połączeni Szefowie Sztabów zalecili mi przygotowanie się do wysłania - w ciągu następnych 5 miesięcy - oddziałów wsparcia w liczbie około 13 500 ludzi.

Część tych ludzi zostanie udostępniona z naszych aktywnych sił. Saldo będzie pochodziło z jednostek składowych rezerwowych, które zostaną wezwane do obsługi.

Działania, które podjęliśmy od początku roku
--doposażyć siły południowowietnamskie,
--aby sprostać naszym obowiązkom w Korei, a także naszym obowiązkom w Wietnamie,
--aby sprostać podwyżkom cen oraz kosztom uruchomienia i rozmieszczenia sił rezerwowych,
--aby wymienić helikoptery i zapewnić inne potrzebne nam środki wojskowe, wszystkie te działania będą wymagały dodatkowych nakładów.

Wstępne oszacowanie tych dodatkowych wydatków wynosi 2,5 mld USD w bieżącym roku podatkowym i 2,6 mld USD w następnym roku podatkowym.

Te przewidywane wzrosty wydatków na nasze bezpieczeństwo narodowe bardziej zwrócą uwagę na potrzebę natychmiastowego działania narodu: działania na rzecz ochrony dobrobytu narodu amerykańskiego oraz ochrony siły i stabilności naszego dolara amerykańskiego.

Wielokrotnie wskazywałem, że bez ustawy podatkowej lub zmniejszonych wydatków przyszłoroczny deficyt ponownie wyniósłby około 20 miliardów dolarów. Podkreśliłem potrzebę ustalenia ścisłych priorytetów w naszych wydatkach. Podkreśliłem, że zaniechanie działania oraz niezwłoczne i zdecydowane działanie wzbudziłoby bardzo silne wątpliwości na całym świecie co do chęci Ameryki do utrzymania porządku w swoim finansowym domu.

Jednak Kongres nie działał. A dziś wieczorem stoimy w obliczu największego zagrożenia finansowego w epoce powojennej – zagrożenia dla roli dolara jako zwornika międzynarodowego handlu i finansów na świecie.

W zeszłym tygodniu, na konferencji monetarnej w Sztokholmie, główne kraje uprzemysłowione postanowiły zrobić duży krok w kierunku stworzenia nowego międzynarodowego aktywa monetarnego, który wzmocni międzynarodowy system monetarny. Jestem bardzo dumny z bardzo umiejętnej pracy wykonanej przez sekretarza Fowlera i przewodniczącego Martina Zarządu Rezerwy Federalnej.

Ale żeby ten system zadziałał, Stany Zjednoczone muszą tylko doprowadzić swój bilans płatniczy do równowagi lub bardzo zbliżyć się do niej. Musimy prowadzić w tym kraju odpowiedzialną politykę fiskalną. Uchwalenie ustawy podatkowej teraz, wraz z kontrolą wydatków, której Kongres może pragnąć i dyktować, jest absolutnie konieczne dla ochrony bezpieczeństwa tego Narodu, dla utrzymania naszego dobrobytu i zaspokojenia potrzeb naszego narodu.

Stawką jest 7 lat niezrównanego dobrobytu. W ciągu tych 7 lat realny dochód przeciętnego Amerykanina, po opodatkowaniu, wzrósł o prawie 30 procent – ​​jest to wzrost tak duży, jak w ciągu całych poprzednich 19 lat.

Tak więc kroki, które musimy podjąć, aby przekonać świat, są dokładnie tymi krokami, które musimy podjąć, aby utrzymać naszą własną siłę ekonomiczną tutaj, w kraju. W ciągu ostatnich 8 miesięcy ceny i stopy procentowe wzrosły z powodu naszej bezczynności.

Dlatego musimy teraz zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby przejść od debaty do działania – od rozmowy do głosowania. Sądzę, mam nadzieję, że w obu Izbach Kongresu narasta poczucie pilności, że ta sytuacja musi zostać rozwiązana i naprawiona.

Pomyśleliśmy, że mój budżet w styczniu był napięty. Odzwierciedlało to w pełni naszą ocenę większości wymagających potrzeb tego Narodu.

Ale w tych kwestiach budżetowych Prezydent nie decyduje sam. Kongres ma władzę i obowiązek ustalania przydziałów i podatków.

Kongres rozpatruje teraz nasze propozycje i rozważa redukcje w budżecie, który przedłożyliśmy.

W ramach programu restrykcji fiskalnych, który obejmuje dopłatę podatkową, zaaprobuję odpowiednie redukcje w budżecie styczniowym, kiedy i jeśli Kongres tak zdecyduje, że należy to zrobić.

Jedno jest jednak bezsprzecznie jasne: nasz deficyt po prostu musi zostać zredukowany. Zaniechanie działania może spowodować warunki, które najmocniej uderzą w tych ludzi, którym wszyscy tak bardzo staramy się pomóc.

Te czasy wymagają rozwagi w tej krainie obfitości. Wierzę, że mamy charakter, aby to zapewnić, i dziś wieczorem apeluję do Kongresu i do ludzi, aby działali szybko na rzecz interesu narodowego, a tym samym służyli całemu naszemu narodowi.

Teraz pozwól, że przedstawię ci moje oszacowanie szans na pokój:
pokój, który pewnego dnia zatrzyma rozlew krwi w Wietnamie Południowym,
--to pozwoli wszystkim Wietnamczykom odbudować i zagospodarować swoją ziemię,
- to pozwoli nam w pełni zająć się własnymi zadaniami tutaj, w domu.
Nie mogę obiecać, że inicjatywa, którą ogłosiłem dziś wieczorem, odniesie pełny sukces w osiągnięciu pokoju, podobnie jak 30 innych, które podjęliśmy i na które zgodziliśmy się w ostatnich latach.

Ale mamy gorącą nadzieję, że Wietnam Północny, po latach walk, które pozostawiły tę kwestię nierozwiązaną, zaprzestanie teraz wysiłków na rzecz zwycięstwa militarnego i przyłączy się do nas w dążeniu do stołu pokoju.

I może nadejść czas, kiedy Południowi Wietnamczycy – po obu stronach – będą w stanie wypracować sposób na rozwiązanie swoich sporów poprzez wolny wybór polityczny, a nie wojnę.

Ponieważ Hanoi rozważa swój przebieg, nie powinno budzić wątpliwości co do naszych intencji. Nie może źle oszacować presji w naszej demokracji w tym roku wyborczym.

Nie mamy zamiaru rozszerzać tej wojny.

Ale Stany Zjednoczone nigdy nie zaakceptują fałszywego rozwiązania tej długiej i żmudnej walki i nie nazwają tego pokojem.

Nikt nie jest w stanie przepowiedzieć dokładnych warunków ewentualnej ugody.

Naszym celem w Wietnamie Południowym nigdy nie było unicestwienie wroga. Miał on doprowadzić do uznania w Hanoi, że jego cel – przejęcie Południa siłą – nie może zostać osiągnięty.

Uważamy, że pokój może opierać się na Porozumieniu Genewskim z 1954 r. – w warunkach politycznych, które pozwalają Wietnamczykom Południowym – wszystkim Wietnamczykom Południowym – wytyczać swój kurs wolny od jakiejkolwiek zewnętrznej dominacji lub ingerencji ze strony nas lub kogokolwiek innego.

Tak więc dziś wieczorem potwierdzam przyrzeczenie, które złożyliśmy w Manili – że jesteśmy gotowi wycofać nasze siły z Wietnamu Południowego, tak jak druga strona wycofuje swoje siły na północ, powstrzyma infiltrację, a tym samym poziom przemocy zmniejszy się.

Nasz cel, jakim jest pokój i samostanowienie w Wietnamie, jest bezpośrednio związany z przyszłością całej Azji Południowo-Wschodniej, gdzie w ciągu ostatnich 10 lat wiele się wydarzyło, aby wzbudzić zaufanie. Zrobiliśmy wszystko, co potrafiliśmy, aby przyczynić się i pomóc w budowaniu tej pewności.

Wiele jej narodów pokazało, co można osiągnąć w warunkach bezpieczeństwa. Od 1966 r. Indonezja, piąty co do wielkości kraj na świecie, z populacją ponad 100 milionów ludzi, ma rząd oddany sprawie pokoju z sąsiadami i poprawie warunków własnego narodu. Współpraca polityczna i gospodarcza między narodami szybko się rozwija.

Myślę, że każdy Amerykanin może być bardzo dumny z roli, jaką odegraliśmy w doprowadzeniu do tego w Azji Południowo-Wschodniej. Możemy słusznie osądzić – tak jak czynią to odpowiedzialni Azjaci Południowo-Wschodniej – że postęp w ciągu ostatnich 3 lat byłby znacznie mniej prawdopodobny – jeśli nie całkowicie niemożliwy – gdyby synowie Ameryki i inni nie zajęli stanowiska w Wietnamie.

Na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa około 3 lata temu ogłosiłem, że Stany Zjednoczone wezmą udział w wielkim dziele rozwoju Azji Południowo-Wschodniej, w tym Doliny Mekongu, dla wszystkich mieszkańców tego regionu. Nasza determinacja, by pomóc w budowaniu lepszej ziemi – lepszej ziemi dla ludzi po obu stronach obecnego konfliktu – nie zmniejszyła się w najmniejszym stopniu. Myślę, że zniszczenia wojenne sprawiły, że stało się to pilniejsze niż kiedykolwiek.

Tak więc powtarzam dziś wieczorem w imieniu Stanów Zjednoczonych to, co powiedziałem w Johns Hopkins – że Wietnam Północny może zająć swoje miejsce w tym wspólnym wysiłku, gdy tylko nadejdzie pokój.

Z biegiem czasu możliwe mogą stać się szersze ramy pokoju i bezpieczeństwa w Azji Południowo-Wschodniej. Nowa współpraca narodów tego obszaru może być kamieniem węgielnym. Z pewnością przyjaźń z narodami takiej Azji Południowo-Wschodniej jest tym, czego chcą Stany Zjednoczone – i to jest wszystko, czego chcą Stany Zjednoczone.

Pewnego dnia, moi współobywatele, zapanuje pokój w Azji Południowo-Wschodniej.

Nadejdzie, ponieważ chcą tego mieszkańcy Azji Południowo-Wschodniej – ci, których armie są dziś w stanie wojny, i ci, którzy, choć zagrożeni, do tej pory zostali oszczędzeni.

Pokój nadejdzie, ponieważ Azjaci byli gotowi na to pracować – i poświęcić się dla niego – i umrzeć za to tysiącami.

Ale niech to nigdy nie zostanie zapomniane: pokój nadejdzie także dlatego, że Ameryka wysłała swoich synów, aby pomogli go zabezpieczyć.

Nie było to łatwe – daleko od tego. Przez ostatnie 4 lata moim przeznaczeniem i obowiązkiem było być Naczelnym Wodzem. Żyłem – codziennie i co noc – kosztem tej wojny. Znam ból, który zadał. Wiem, może lepiej niż ktokolwiek inny, jakie obawy wzbudziło.

Przez cały ten długi okres utrzymywała mnie jedna zasada: to, co robimy teraz w Wietnamie, ma zasadnicze znaczenie nie tylko dla bezpieczeństwa Azji Południowo-Wschodniej, ale jest kluczowe dla bezpieczeństwa każdego Amerykanina.

Z pewnością mamy traktaty, które musimy respektować. Z pewnością mamy zobowiązania, których dotrzymamy. Rezolucje Kongresu świadczą o potrzebie przeciwstawienia się agresji na świecie iw Azji Południowo-Wschodniej.

Ale sercem naszego zaangażowania w Wietnamie Południowym – pod rządami trzech różnych prezydentów, trzech odrębnych administracji – zawsze było bezpieczeństwo Ameryki.

A większym celem naszego zaangażowania zawsze była pomoc narodom Azji Południowo-Wschodniej w staniu się niezależnymi i samodzielnymi, samowystarczalnymi, jako członkowie wielkiej światowej społeczności – w pokoju ze sobą i ze wszystkimi innymi.

Z taką Azją nasz kraj – i świat – będą znacznie bezpieczniejsze niż dziś.

Wierzę, że pokojowa Azja jest znacznie bliższa rzeczywistości z powodu tego, co Ameryka zrobiła w Wietnamie. Wierzę, że ludzie, którzy znoszą niebezpieczeństwa bitwy – walczą tam dzisiaj dla nas – pomagają całemu światu uniknąć znacznie większych konfliktów, znacznie szerszych wojen, znacznie większego zniszczenia niż ta.

Nadejdzie pokój, który pewnego dnia sprowadzi ich do domu. Dziś wieczorem zaoferowałem pierwszy, mam nadzieję, że będzie to seria wzajemnych ruchów w kierunku pokoju.

Modlę się, aby nie została odrzucona przez przywódców Wietnamu Północnego. Modlę się, aby przyjęli to jako środek, dzięki któremu można zakończyć ofiary ich własnego ludu. I proszę o waszą pomoc i wsparcie, moi współobywatele, aby ten wysiłek dotarł przez pole bitwy ku wczesnemu pokojowi.

Na koniec, moi rodacy, pozwólcie, że powiem tak:

Od tych, którym wiele dano, o wiele się prosi. Nie mogę powiedzieć i żaden człowiek nie może powiedzieć, że nie będzie od nas więcej proszony.

Wierzę jednak, że teraz, nie mniej niż na początku dekady, to pokolenie Amerykanów jest gotowe „zapłacić każdą cenę, ponieść każdy ciężar, sprostać wszelkim trudnościom, wesprzeć każdego przyjaciela, przeciwstawić się każdemu wrogowi, aby zapewnić przetrwanie i sukces wolność."

Odkąd te słowa wypowiedział John F. Kennedy, mieszkańcy Ameryki utrzymywali porozumienie z najszlachetniejszą sprawą ludzkości.

I będziemy go nadal trzymać.

Uważam jednak, że musimy zawsze pamiętać o tej jednej rzeczy, niezależnie od czekających nas prób i testów. Ostateczna siła naszego kraju i naszej sprawy nie będzie tkwić w potężnej broni, nieskończonych zasobach czy bezgranicznych bogactwach, ale w jedności naszego narodu.

Wierzę w to bardzo głęboko.

Przez całą moją karierę publiczną kierowałem się osobistą filozofią, że jestem wolnym człowiekiem, Amerykaninem, urzędnikiem państwowym i członkiem mojej partii, zawsze i tylko w tej kolejności.

Przez 37 lat w służbie naszego narodu, najpierw jako kongresman, jako senator i jako wiceprezydent, a teraz jako wasz prezydent, na pierwszym miejscu stawiam jedność ludu. Postawiłem to przed wszelkimi podziałami partyzanckimi.

I w obecnych czasach, jak w dawnych czasach, prawdą jest, że dom podzielony sam w sobie przez ducha frakcji, partii, regionu, religii, rasy jest domem, który nie może się znieść.

W amerykańskim domu jest teraz podział. Dzisiejszego wieczoru wśród nas wszystkich panuje podział. I ciesząc się zaufaniem, jakim jestem, jako Prezydent wszystkich narodów, nie mogę lekceważyć zagrożenia dla postępu narodu amerykańskiego oraz nadziei i perspektywy pokoju dla wszystkich narodów.

Prosiłbym więc wszystkich Amerykanów, bez względu na ich osobiste interesy lub troski, aby strzegli się podziałów i wszystkich ich brzydkich konsekwencji.

Pięćdziesiąt dwa miesiące i 10 dni temu, w chwili tragedii i traumy, spadły na mnie obowiązki tego urzędu. Prosiłem wtedy o waszą i Bożą pomoc, abyśmy mogli kontynuować Amerykę na jej kursie, opatrując nasze rany, lecząc naszą historię, podążając naprzód w nowej jedności, aby oczyścić amerykańską agendę i utrzymać amerykańskie zaangażowanie dla wszystkich naszych ludzi.

Zjednoczeni dotrzymaliśmy tego zobowiązania. Zjednoczeni rozszerzyliśmy to zobowiązanie.

Myślę, że przez cały nadchodzący czas Ameryka będzie silniejszym narodem, bardziej sprawiedliwym społeczeństwem i krajem o większych możliwościach i spełnieniu dzięki temu, co wszyscy razem zrobiliśmy w tych latach niezrównanych osiągnięć.

Nasza nagroda nadejdzie w życiu w wolności, pokoju i nadziei, że nasze dzieci będą się cieszyć przez wieki.

To, co wygraliśmy, gdy wszyscy nasi ludzie się zjednoczyli, po prostu nie może teraz zatracać się w podejrzliwości, nieufności, egoizmie i polityce wśród żadnego z naszych ludzi.

Wierząc w to tak, jak ja, doszedłem do wniosku, że nie powinienem pozwalać prezydencji na angażowanie się w podziały partyzanckie, które rozwijają się w tym roku politycznym.

Z synami Ameryki na polach daleko, z przyszłością Ameryki zagrożoną tu, w domu, z naszymi nadziejami i nadziejami świata na pokój na co dzień, nie wierzę, że powinienem poświęcić godzinę lub dzień mojego czasu do jakichkolwiek osobistych przyczyn partyzanckich lub do jakichkolwiek obowiązków innych niż niesamowite obowiązki tego urzędu - Prezydencji waszego kraju.

W związku z tym nie będę starał się i nie przyjmę nominacji mojej partii na kolejną kadencję na waszego prezydenta.

Ale niech ludzie wszędzie wiedzą, że silna, pewna siebie i czujna Ameryka jest gotowa dziś wieczorem szukać honorowego pokoju – i jest gotowa dziś wieczorem bronić zaszczytnej sprawy – bez względu na cenę, bez względu na ciężar, bez względu na poświęcenie, którego może wymagać obowiązek.

Dziękuję za wysłuchanie. Dobranoc i niech Bóg wam wszystkim błogosławi.


Johnson ogłasza, że ​​nie będzie biegał w 1968 r. - Historia

Szefowie polityczni oszołomieni Kennedy'ego w wiadomościach

Najlepsi urzędnicy z Sajgonu zdezorientowani odmową Johnsona do startu

Wpływ wag Wisconsin na głosowanie: Podstawowe podekscytowanie przeradza się w niespodziankę — kampania nakręcająca McCarthy i Nixona

Wstrzymuje naloty w Wietnamie Północnym prosi Hanoi o przyłączenie się do ruchów pokojowych: Strefa DMZ jest zwolniona: Johnson nie wyznacza limitu czasowego na wstrzymanie uderzeń powietrznych i morskich

Przesłanie podwyżki podatków: Podano wzrost kosztów wojny – nie sugerowano żadnych konkretnych cięć

Rockefeller wzywa przywódców Albany do przyspieszenia budżetu: Gotowi do współpracy z nimi, aby zapewnić fundusze, ponieważ rok obrotowy rozpoczyna się dzisiaj

Liberałowie wyznaczyli Javitsa Nickersona Rasa zmieszana

3 nadmorskie hotele zniszczone przez ogień w Rockaway Park

Plan domu zachęca do inwestowania za granicą: Komitet prosi o utworzenie quasi-publicznej korporacji w celu przyciągnięcia prywatnego kapitału

Waszyngton, 31 marca Lyndon Baines Johnson ogłosił dziś wieczorem: „Nie będę się starał i nie zaakceptuję nominacji mojej partii na waszego prezydenta”.

Później, na konferencji prasowej w Białym Domu, powiedział, że jego decyzja jest „całkowicie nieodwołalna”.

Prezydent powiedział swojej ogólnopolskiej publiczności telewizyjnej.

„To, co osiągnęliśmy, gdy wszyscy nasi ludzie byli zjednoczeni, nie może zostać utracone w partyzanckiej postawie. Doszedłem do wniosku, że nie powinienem pozwalać prezydencji na angażowanie się w decyzje stronnicze”.

Pan Johnson, przyznając, że w amerykańskim domu istnieje „podział”, wycofał się w imię jedności narodowej, która, jak powiedział, jest „ostateczną siłą naszego kraju”.

„Z amerykańskimi synami na polu daleko” – powiedział – „z wyzwaniem dla amerykańskiej przyszłości tu, w domu, z naszymi nadziejami i nadziejami światów na pokój na co dzień, nie wierzę, że powinienem poświęcać godzinę lub dzień mojego czasu na jakiekolwiek osobiste sprawy partyzanckie lub jakiekolwiek obowiązki inne niż niesamowite obowiązki tego urzędu, Prezydencji waszego kraju”.

Możliwy wyścig Humphrey

Pan Johnson opuścił senatora Roberta F. Kennedy'ego z Nowego Jorku i senatora Eugene'a J. McCarthy'ego z Minnesoty jako jedyni dwaj zadeklarowani kandydaci do nominacji na prezydenta Demokratów.

Jednak powszechnie oczekuje się, że wiceprezydent Humphrey będzie ubiegał się o nominację teraz, gdy jego przyjaciel i dobroczyńca polityczny, pan Johnson, jest poza polem. Pan Humphrey zasygnalizował, że jutro będzie miał oświadczenie na temat swoich planów.

Prezydent poinformował pana Humphreya o swojej decyzji podczas konferencji w jego mieszkaniu w południowo-zachodnim Waszyngtonie, zanim wiceprezydent poleciał do Mexico City. Tam będzie reprezentował Stany Zjednoczone podczas podpisywania traktatu o strefie bezatomowej w Ameryce Łacińskiej.

Gdyby pan Humphrey został kandydatem, większość prawyborów byłaby dla niego wykluczona. Tylko te w Dystrykcie Kolumbii, New Jersey i Południowej Dakocie pozostają otwarte.

Dlatego musiałby polegać na zbieraniu delegatów w stanach bez prawyborów i na wsparciu Białego Domu, jeśli miałby odeprzeć pana Kennedy'ego i pana McCarthy'ego.

Były wiceprezydent Richard M. Nixon jest jedynym ogłoszonym głównym kandydatem do nominacji Republikanów, chociaż gubernator Rockefeller powiedział, że zaakceptuje nominację, jeśli zostanie powołana.

Dzisiejsze ogłoszenie pana Johnsona zaskoczyło nawet bliskich współpracowników. Jego główni stratedzy polityczni spędzili większą część dzisiejszego dnia na dyskusjach nad planami kampanii.

Zostali poinformowani o tym, co się wydarzy tuż przed tym, jak pan Johnson o godzinie 21:00 pojawił się w telewizji państwowej z przygotowanym przemówieniem na temat wojny w Wietnamie.

Gdy przemówienie się rozwijało, wydawało się, że jest to silne wyzwanie polityczne dla pana Kennedy'ego i pana McCarthy'ego, ogłaszając środki, za którymi się opowiadali.

Prezydent wydawał się więc działać zgodnie z polityczną tradycją swojego urzędu – demonstrując, że ma on władzę do działania, podczas gdy jego krytycy mają tylko prawo do proponowania.

Ale pan Johnson naprawdę przygotowywał się do umieszczenia się w bardziej niejasnej tradycji – wiceprezydenci, którzy przejmują prezydencję, starają się tylko o jedną własną kadencję. Przed nim w tym stuleciu Theodore Roosevelt, Calvin Coolidge i Harry S. Truman podążali za tym wzorem.

&apos Chętny do zapłaty dowolnej ceny&apos

Pan Johnson zakończył przygotowane przemówienie, a następnie rozpoczął przemówienie, które nie zostało uwzględnione w drukowanym tekście, a źródła Białego Domu twierdzą, że sam napisał.

Zaczął od zacytowania Franklina D. Roosevelta: „Od tych, którym wiele dano, o wiele się prosi”.

Nie mógł powiedzieć, że nikt więcej nie będzie wymagał od Amerykanów, kontynuował, ale wierzył, że „teraz, nie mniej niż na początku dekady, to pokolenie Amerykanów jest gotowe zapłacić każdą cenę, ponieść wszelkie ciężary, sprostać wszelkim trudnościom, wspierać każdy przyjaciel, przeciwstaw się każdemu wrogowi, aby zapewnić przetrwanie i powodzenie wolności”.

Ten cytat ze słynnego fragmentu przemówienia inauguracyjnego Johna F. Kennedy'ego z 10 stycznia 1961 roku wydaje się być ciosem w senatora Roberta F. Kennedy'ego, który obecnie prowadzi kampanię przeciwko wojnie w Wietnamie.

Ostateczną siłą Ameryki, kontynuował pan Johnson, dość pogrzebowym głosem iz uroczystym wyrazem twarzy, jaki zachował podczas swojej 40-minutowej przemowy, nie jest potężną bronią, wielkimi zasobami lub bezgranicznym bogactwem, ale „jednością naszego narodu”.

Ponownie potwierdził filozofię polityczną, którą często wyrażał – że był „wolnym człowiekiem, Amerykaninem, urzędnikiem państwowym i członkiem mojej partii – w tej kolejności – zawsze i tylko”.

Powiedział, że w ciągu swoich 37 lat służby publicznej postawił jedność narodową ponad wszystko, ponieważ teraz było tak samo prawdziwe jak kiedykolwiek, że „dom podzielony wewnętrznie przez ducha frakcji, partii, regionu, religii , rasy, to dom, który nie może stać”.

Pan Johnson mówił z dumą o tym, co osiągnął w ciągu „52 miesięcy i 10 dni”, odkąd objął prezydenturę, po zamachu na Johna F. Kennedy'ego w Dallas w Teksasie 22 listopada 1963 roku.

– Przez cały czas – powiedział. „Myślę, że Ameryka będzie silniejszym narodem, bardziej sprawiedliwym społeczeństwem, krajem o większych możliwościach i spełnieniu dzięki temu, co wszyscy razem zrobiliśmy w tych latach niezrównanych osiągnięć”.

„Nasza nagroda” – powiedział – „przyjdzie w życiu w wolności i pokoju, mając nadzieję, że nasze dzieci będą się cieszyć przez całe wieki”.

Ale te zdobycze, powiedział pan Johnson, „nie mogą teraz zatracić się w podejrzliwości, nieufności, egoizmie i polityce”. Doszedłem do wniosku, że nie powinienem pozwalać prezydencji na angażowanie się w rozwijające się podziały partyzanckie”.

I tak oto człowiek, który wygrał największe polityczne osunięcie w historii Ameryki, pokonując senatora Barry'ego Goldwatera z Arizony w wyborach prezydenckich w 1964 r., wyrzekł się idei drugiej kadencji.

W polityce amerykańskiej „projekt” mógł przesłonić nawet słowa tak mocne, jak pan Johnson', a on powstrzymał się przed ostatecznym zaprzeczeniem – twierdzeniem, że nie będzie kandydował, jeśli został nominowany, ani nie służył, jeśli zostanie wybrany.

Ale pierwszą reakcją bliskich współpracowników i innych obserwatorów politycznych było to, że miał na myśli to, co powiedział. Co więcej, kandydatury senatora Kennedy'ego i senatora McCarthy'ego praktycznie uniemożliwiłyby powołanie nawet urzędującego prezydenta.

Przywołanie ruchu Roosevelta

Mimo to, jeśli wiceprezydent Humphrey nie weźmie udziału w wyścigu, bez wątpienia pojawi się podejrzenie, że pan Johnson próbuje jedynie wywołać pobór.

Niektórzy obserwatorzy z długą pamięcią przypominają, że w 1940 roku prezydent Franklin D. Roosevelt kazał senatorowi Albenowi W. Barkleyowi z Kentucky przeczytać na Narodowej Konwencji Demokratów przesłanie, w którym Roosevelt powiedział, że „nigdy nie miał i nie ma dzisiaj żadnego pragnienia ani celu nadal sprawować urząd Prezydenta, kandydować na ten urząd lub być nominowanym na ten urząd przez konwencję”.

Konwencja jednak nominowała pana Roosevelta na trzecią kadencję i wygrał.

Pan Roosevelt nie był jednak przeciwny nominacji żadnego kandydata uważanego za tak potężnego jak senator Robert Kennedy. Ponadto wydaje się, że senator McCarthy wygra prawybory w Wisconsin we wtorek, po tym, jak zaliczył dobry występ w New Hampshire.

Najniższy punkt, do którego spadły fortuny polityczne pana Johnsona, został udramatyzowany w opublikowanym dzisiaj sondażu Gallupa. Wynika z niego, że jego prowadzenie urzędu spotkało się z aprobatą tylko 36 proc. ankietowanych, podczas gdy prowadzenie wojny w Wietnamie aprobowało tylko 26 proc.

Wojna była bezsprzecznie głównym czynnikiem załamania się publicznego szacunku pana Johnsona. Rozpoczął poważną eskalację w lutym 1965 r., wydając rozkaz zbombardowania Wietnamu Północnego, zaledwie kilka miesięcy po przeprowadzeniu kampanii prezydenckiej, w której przekonał większość wyborców, że nie rozszerzy ówczesnego konfliktu z udziałem jedynie około 16 tys. wojsko.

Od tamtej pory wojna wymagała zaangażowania ponad pół miliona żołnierzy, wydatków w wysokości około 30 miliardów dolarów rocznie i ciężkich strat amerykańskich.

Ograniczyło to wydatki pana Johnsona na programy krajowe, zraziło wielu jego zwolenników w Kongresie i wywołało powszechne, a czasem gwałtowne protesty – w tym palenie kart poborowych, marsz tysięcy na Pentagon w zeszłym roku, a ostatecznie kandydatury senatorów Kennedy'ego i McCarthy'ego .

Niemniej jednak bliski współpracownik polityczny prezydenta powiedział dziś wieczorem, że Johnson nie został w żaden sposób „wymuszony” z wyścigu przez swoich przeciwników, i nie było jeszcze jasne, że nie uda mu się zdobyć renominacji.

„To będzie paskudna walka, ale miał spore szanse na jej wygranie” – tak podsumował sytuację polityczną. Powiedział, że jednym z czynników decydujących o decyzji pana Johnsona było prawdopodobnie to, że „ta wojna” zdenerwowała go do diabła, w wyniku czego „naprawdę nie miał” zdania na temat swojej polityki”.

Dziś wieczorem pojawiły się spekulacje, że pan Johnson mógłby uwierzyć, że mógłby skuteczniej pracować na rzecz pokoju w Wietnamie, gdyby nie był partyzanckim kandydatem do reelekcji – pomimo przyznanego mu statusu „kaczki kaczki”.

Senator Albert Gore, demokrata z Tennessee, stary antagonista Johnsona, powiedział, że wycofanie się to „największy wkład w jedność i możliwy pokój, jaki mógł wnieść prezydent Johnson”.

Powiedział, że osiągnięcie pokoju będzie wymagało „ustępstw i kompromisów, które poddadzą kandydata na urząd publiczny zarzutowi ułagodzenia, poddania się i bycia miękkim wobec komunistów”.

Na poparcie tej tezy przemówienie pana Johnsona w sprawie Wietnamu – które wyszło przed jego ogłoszeniem o wycofaniu się – było szczególnie pojednawcze, chociaż senator Gore zauważył, że „prezydent nie ujawnił dziś wieczorem zmiany w polityce wojennej. Omówił tylko taktykę – częściowe wstrzymanie bombardowania”.

Po ogłoszeniu przez prezydenta niektórzy obserwatorzy przypominali sobie sygnały, których nie rozpoznali.

Dziennikarz Theodore White przeprowadził wywiad z Johnsonem na początku tego tygodnia i podobno powiedział później, że uwagi prezydenta miały ton „pożegnalny”.

Inni, którzy ostatnio rozmawiali z prezydentem, zauważyli wzmiankę, że „mogą mi to odebrać”, kiedy omawiał swoje osiągnięcia domowe i inne.

Niewiele było tu dzisiaj wglądu w to, dlaczego pan Johnson zdecydował się ogłosić wycofanie się, zamiast walczyć o renominację. Jedna wskazówka mogła być w temacie jedności narodowej, na którym postanowił oprzeć swoje oświadczenie.

Niemal od czasu objęcia urzędu, a przynajmniej do czasu, gdy naciski polityczne wywołane wojną w Wietnamie stały się intensywne, pan Johnson mówił ten sam temat jedności.

Wydawało się, że na początku swojej prezydentury zbudował „konsensus” wśród Amerykanów, co znalazło odzwierciedlenie w ponad 60 procentach głosów, które wygrał w 1964 roku.

Odzwierciedlając to głosowanie, mógł współpracować w latach 1965 i 1966 z mocno demokratycznym, niezwykle liberalnym Kongresem, który uchwalił jedne z najdalej idących przepisów socjalnych epoki powojennej – opiekę medyczną dla osób starszych, prawa wyborcze dla Południa. Murzyni, federalna pomoc na rzecz edukacji i szeroki pakiet praw obywatelskich.

Pan Johnson prowadził kampanię na temat jedności w 1964 roku i już w latach 1952-1960, gdy był przywódcą Demokratów w Senacie, często apelował o „zamknięcie szeregów” i „współpracę”.

Zazwyczaj w 1964 r. zaapelował do wyborców, aby zebrali się w „jednym wielkim namiocie” i wspólnie pracowali na rzecz postępu, dobrobytu i pokoju.

W ten sposób miał wybitne kwalifikacje, by powiedzieć, jak to zrobił dzisiejszego wieczoru, że „Prezydent całego narodu, nie mogę lekceważyć niebezpieczeństwa postępu narodu amerykańskiego oraz nadziei i perspektywy pokoju dla wszystkich ludzi. Dlatego prosiłbym wszystkich Amerykanów, niezależnie od ich osobistego interesu lub troski, aby strzegli się podziałów i wszystkich ich brzydkich konsekwencji”.

W związku z tym pan Johnson podjął swój osobisty krok, aby „strzec się przed podziałami”.

Zaskoczył wszystkich, jak zawsze lubi to robić, i chyba najbardziej ucieszyło go, że wiadomość nie wyciekła, zanim sam to ogłosił.


W tym dniu w historii Lyndon Johnson, 36. prezydent Stanów Zjednoczonych, oszołomił naród, ogłaszając: „Nie będę starał się i nie zaakceptuję nominacji mojej partii na prezydenta”. averred jego decyzja była “całkowicie nieodwołalna.”

Wojna w Wietnamie wymknęła się spod kontroli, a kraj był spolaryzowany. Johnson znalazł się coraz bardziej pod ostrzałem z prawej i lewej strony. Nie był w stanie wymyślić strategii zwycięstwa, wycofania się lub pokoju z honorem. W ten sposób ogłosił, że nie będzie kandydował na reelekcję. Wojna ostatecznie pochłonęła życie 58 000 Amerykanów i trzy miliony Wietnamczyków.

NPR ma bardzo dobry, 5-minutowy program wyprodukowany w 2008 roku w 40. rocznicę oszałamiającego oświadczenia prezydenta Johnson’, że nie będzie on ubiegał się o kolejną kadencję. Jak zauważył producent NPR, John McDonough, „nikt nie przewidział, że to nadchodzi”. Możesz dowiedzieć się więcej na ten temat, a także usłyszeć, jak prezydent wygłasza swoje historyczne oświadczenie tutaj. Możesz również przeczytać cały tekst przemówienia tutaj, w którym prezydent Johnson zaczyna od ogłoszenia zamiaru zakończenia wojny w Wietnamie.


WSPÓŁPRACOWNIK

Eric A. Gordon jest autorem biografii radykalnego amerykańskiego kompozytora Marca Blitzsteina, współautorem autobiografii kompozytora Earla Robinsona i tłumaczem (z portugalskiego) wspomnień brazylijskiej pisarki Hadasa Cytrynowicz. Posiada doktorat z historii na Uniwersytecie Tulane. Przez dwie kadencje był przewodniczącym oddziału Southern Writers Union, Local Writers Union, Local 1981 UAW (AFL-CIO) i jest emerytowanym dyrektorem The Workmen's Circle/Arbeter Ring Southern California District. W 2015 roku wyprodukował „Miasto przyszłości”, płytę CD z sowieckimi pieśniami jidysz Samuela Polonskiego. Otrzymał nagrodę krytyków Better Lemons „Up Late” za rok 2019, przyznawaną najbardziej płodnym krytykom. Jego najnowszym projektem jest tłumaczenie z portugalskiego fikcji Manuela Tiago (pseudonim od Álvaro Cunhala). Pierwsze dwie książki, „Pięć dni, pięć nocy” i „Gwiazda sześcioramienna” są dostępne w International Publishers NY.


Prawdziwy powód, dla którego LBJ nie ubiegał się o reelekcję w 1968 roku

Autor tego korygującego artykułu zbadał swoje mocno udokumentowane wysiłki Johnsona – zaowocowane w Kansas Press Book The President of Lyndon B. Johnson (1984) – w epoce 1976 do 1983. Był pionierem w użyciu LBJ Papers w Austin. Dr Bornet (wkrótce 100 lat) mieszka w Ashland w stanie Oregon i jest częstym współpracownikiem HNN. Jego nowa książka „Poszukiwanie nowej wiedzy: nagradzająca kariera historyka badań” (130 stron) ukaże się wkrótce.

Zacznijmy od krótkiego podsumowania: prezydent Lyndon B. Johnson odziedziczył prezydenturę w listopadzie 1963 roku po straszliwych wydarzeniach w Dallas. W 1964 r. z wielkim sukcesem pobiegł przeciwko Barry'emu Goldwaterowi. Następnie sprawował pełną kadencję „samodzielnie” od 1964 do 1968 r., ustępując 20 stycznia 1969 r., gdy prezydentura zmieniła ręce, z demokratycznej na republikańską, z jego na prezydenta Richarda Nixona. .

Troszczymy się o to, jak to się stało, że wiosną 1968 roku prezydent Stanów Zjednoczonych ogłosił, że nie będzie ponownie kandydował na prezydenta wiosną, latem i jesienią 1968 roku?

Prawie w każdym miejscu, w którym się spojrzy (z wyjątkiem mojej relacji z prezydentury Johnsona!) zwykle pada odpowiedź, że „lewicy” lub „liberałom” w miesiącach od lutego do kwietnia 1968 roku udało się osiągnąć główny cel. Rzekomo upewnili się, że wszyscy będą pewni, że nigdy nie wygra, jeśli wystartuje w 1968 roku. Gdy Johnson doszedł do wniosku, że, jak mówi się, uznał za konieczne porzucenie wszelkich myśli, nadziei lub planów startu, ponieważ byłoby to strata czasu – i żenująca na dodatek. Kilku prominentnych Demokratów twierdziło, że w tym czasie zmierzali ku prawdopodobnemu sukcesowi. (Jeden z nich odniesie porażkę, jeden zostanie postrzelony, inni odpadną.) Hubert Humphrey ostatecznie uzyskał nominację i wziął udział w akceptowalnym wyścigu – ale nie wygrał z Richardem Nixonem.

W minionych latach pojawiły się przypuszczenia, dlaczego LBJ nie próbował ubiegać się o reelekcję. Łatwo było spekulować, że być może problemem była jego trudność w uzyskaniu nominacji Demokratów, a nie siła Partii Republikańskiej z jej wybraną listą.

Dlaczego LBJ odmówił zaoferowania siebie? Wojna w Wietnamie? (Nie idzie dobrze.) Spadek początkowego entuzjazmu dla tego Wielkiego Społeczeństwa? Przyznajmy od razu, że są to niezwykle ważne – i istotne – sprawy dla historii i historyków.

Ale to, co będzie tutaj dyskutowane, udokumentowane i wkrótce stanie się całkiem jasne (jak ufam) dla wszystkich, jest następujące: Lyndon Johnson i Lady Bird Johnson już dawno ustalili (we wrześniu 1964 r.) na głos i w obliczu wiarygodnych dorosłych, że kampanią roku, w którym byli (1964) będzie Końcówka kampanii LBJ o urząd!

Ta decyzja, „poświadczona” dla wszystkich praktycznych celów, stała się znana i uznana, obszernie udokumentowana w grudniu 1967 roku, dla wszystkich praktycznych celów bezpowrotnie (choć nie publicznie), począwszy od tego momentu. Listy podpisane i przesłane za kulisami, napisane do kilku czołowych przywódców tamtych czasów, głosiły decyzję męża i żony Johnsonów, w sposób nie pozwalający na wycofanie się, zmianę zdania czy wreszcie „wstąpienie do stołu”. jak mówi się w niektórych kręgach. Przyjrzyjmy się niektórym dowodom.

(Przerwanie przez chwilę: Ta historia pojawiła się głęboko w rozdziale 12 mojej książki Prezydencja Lyndona B. Johnsona, s. 283-305. Oferowano przypisy, zarówno pojedyncze, jak i podwójne, łącznie 39. W tych okolicznościach to, co jest tutaj oferowane HNN, jest czytelnym opisem tego sprawozdania, przypisy usunięte, ale z kilkoma ważnymi źródłami wyraźnie wskazanymi w prozie).

Przyznajmy od razu, że istnieje wiele dowodów na rosnący sprzeciw wobec jakichkolwiek wyborów Johnsona na drugą pełną kadencję w 1968 r. Niewiele by tu zyskała recytacja. Był to z pewnością rok dramatyczny, z zamachami, zjazdem z demonstracjami ulicznymi i bardzo widocznym – i słyszalnym – lewe skrzydło Partii Demokratycznej krzyczało coraz głośniej w nadziei, że jak najszybciej zmiażdży dotychczasową część partii. jak to możliwe, zmuszając je do rezygnacji, przed ewoluującymi wydarzeniami.

Ciężarem jest tutaj udowodnienie, że Lyndon B. Johnson nie był fizycznie „zdrowy”, a następnie wskazanie, że fakt ten był całkiem jasny dla męża i żony Johnsonów. Jest oczywiste, że jego zły stan zdrowia wymaga udokumentowania. Potrzebujemy zatem obszernych dowodów na to, że kandydatura z 1968 r. została porzucona ze względów zdrowotnych na długo przed ogłoszeniem.

Zobaczmy. Jego wyrostek robaczkowy ukazał się w 1937 roku. Miał „problemy z klatką piersiową”, gdy służył krótko w marynarce wojennej, właściwie sześć do ośmiu ataków zapalenia płuc. Zachorował na zapalenie oskrzeli i zakwalifikował się do 10-procentowej renty weteranów (ubiegając się o nią, ale potem ją odrzucając). Kamień nerkowy został usunięty w 1948 roku, a po usunięciu kamienia w Mayo Clinic w 1955 roku przez jakiś czas nosił aparat ortodontyczny.

Dość dobrze znany jest „zawał” serca w 1955 roku: śmierć części mięśnia. (W tym jestem pewny, bo moja była w 1977 roku.) Śmierć jednej czwartej serca mnie położyła. LBJ zmusił go do przygotowania się na śmierć. Dyskusja dotyczyła przejścia na emeryturę, ponieważ przebywał w szpitalu przez miesiąc (ja, 22 dni). Ożywienie na Ranczu było solidne. Mimo to zalecono „dokładnie uregulowane godziny pracy i odpoczynku”.

Niespodziewane było oczywiście dziedzictwo prezydentury w listopadzie 1963 r. (i nie miałby wiceprezydenta!). Wyprowadzając się z Elms – swojego domu w czasie wiceprezydenta – LBJ miał bardzo poważne przeziębienie i schorzenie klatki piersiowej, ale było to utrzymywane w tajemnicy. Przez jakiś czas nie palił i miał jakąś receptę. Piżamy noszono w części popołudnia. Jego dieta była dokładnie nadzorowana. Były masaże i lewatywy (z komentowaniem innych), a on rutynowo unikał zamykania drzwi. Bliski mówi, że skoncentrował się na swoim fizycznym cierpieniu, ale jednym z produktów ubocznych była nadmierna świadomość potrzeb medycznych innych osób. (Powód, dla którego Johnson docenia Medicare i Medicare?)

Interesujące jest przeczytanie, jak kompleksowe (i drogie) były koszty medyczne rządowych wycieczek lotniczych Johnsona w dowolne miejsce, w którym zsumowano ludzi i preparaty. Jego lekarz został awansowany na wiceadmirała, a wspólne wizyty lekarskie były powszechne. Sąsiednie placówki medyczne w Teksasie dostały strzały w ramię. Trzy dni po inauguracji w 1965 r. LBJ został zabrany karetką o 2:26 rano, rzekomo z „przeziębieniem”, ale wiceprezes mówi „bóle w klatce piersiowej”. (Opisany jest jako „poważny” i „ponury”, z „lękami i obawami”. Czy wystąpiła arytmia serca?)

W 1965 roku pojawił się „ból żołądka”. Były „nocne poty”. W październiku 1965 roku dziesięciu lekarzy uczestniczyło w dwugodzinnej operacji usunięcia pęcherzyka żółciowego i kamienia nerkowego, co doprowadziło do „ograniczonej aktywności”. W 1966 miała być operacja brzucha i gardła. Po co w ogóle wspominać o około 40 stanach przedrakowych skóry lub jęczmieniu oczu? Albo jego narzekania na „problemy ze stopami”.

Podczas gdy angielski biograf zauważył „nawracające obawy o swoje zdrowie” dość wcześnie, jasne jest, że prezydent Johnson przeżył swoją wybraną kadencję i wrócił na Ranczo zgodnie z planem. Co więcej, 16 grudnia 1967 roku zachorował na dreszcze i gorączkę. Lady Bird przedstawia graficzny opis jego gnuśności i demoralizacji (moje słowa) w ówczesnym szpitalu. John Steinbeck powiedział, że Johnson był wtedy „zbyt pociągnięty i zbyt szyderczy”. Obecny prezydent rutynowo przedsięwziął środki ostrożności mające na celu pogorszenie sytuacji.

Zbaczając na chwilę do post-prezydencji: Johnson zmarł, zanim kadencja rozpoczynająca się w 1969 r. dobiegłaby końca! (Przed uogólnieniem należy wziąć pod uwagę, w jaki sposób LBJ nadużywał swojego dobrego samopoczucia w latach po prezydenckich: intensywne picie i palenie naznaczyły te smutne miesiące, kiedy odpowiedzialność poprzedniego prezydenta była minimalna. Ogólnie rzecz biorąc, istnieje wiele dowodów na to, że prezydent Johnson w biuro było często poważnie chore, że opinia publiczna była nieświadoma wielu epizodów, że poważny atak serca z 1955 roku był uważany przez niektórych – nie przez wszystkich za drogowskaz na przyszłość. Teraz nadszedł czas, aby dowody dotyczące emerytury nie były ignorowane.

Lady Bird pisze w swoim Dzienniku, że decyzja o wystartowaniu w 1964 (powtórka, 1964!) została podjęta dopiero po przeszukaniu konferencji z kardiologami Jamesem Cainem i Willisem Hurstem. Zastanawiali się, czy dożyje pełnej kadencji prezydenta, czyli czterech lat, czy to psychicznie, czy fizycznie. (Podsumowuję opinię grupy w mojej książce: „uważali, że powinien… próbować”. Podkreślenie moje). To znaczy, że powinien spróbować startować w 1964 roku!

Czas minął. W połowie 1967 r. stawało się ważne, aby zmęczony i często zniechęcony człowiek w Białym Domu przygotował się do podjęcia decyzji o uruchomieniu w 1968 r. i (oczywiście za kulisami) powiadomił o tym kluczowe osoby. Na szczęście jedna decyzja została podjęta – ponownie – w Święto Pracy w 1967 roku. (Gubernator John Connelly miał dość służenia biletowi krajowemu, kandydując jako gubernator Teksasu. Musiało mu to powiedzieć.) Na Ranczu, naciskany przez Lady Bird, Lyndon oświadczył: „W porządku, mówiłeś o tym od jakiegoś długo, więc podejmiemy tę decyzję już teraz i sprawimy, że będziesz szczęśliwy…. Zdecydowałem, że nie będę ubiegać się o reelekcję.

Od tego momentu niewiele można zyskać, śledząc wskazówki i ostrzeżenia LBJ, ale można. Istotne jest jak radził sobie z obowiązkowymi, oficjalnymi powiadomieniami. (Zignorujemy nawet spekulacje na temat znaczenia tajnych badań nad przewidywaną długością życia Johnsona, przeprowadzonych po cichu w 1967 r.) To, że bliscy otrzymali wskazówki od LBJ w tym roku, jest po prostu interesujące. Jakie dowody miałyby dla nas głębokie i przekonujące znaczenie w dzisiejszych czasach? Skąd tak naprawdę wiemy, że całkowicie prywatna decyzja późnego lata 1964 była nadal uważana za nieodpartą, ponieważ czas przygotowania się do Prawdziwej Decyzji (nawet jeśli za kulisami) znalazł się w centrum uwagi w lub tuż przed Bożym Narodzeniem 1967 roku?

Wczesnym ważnym komunikatem było to, gdy Lady Bird powiedziała dobremu kumplowi Johnsona, sędziemu Sądu Najwyższego, Abe Fortasowi w maju 1967 roku. (Niektórzy czytelnicy mogli przeczytać o strasznym lecie w Fortas, kiedy uciekło mu najwyższe stanowisko w sądzie, gdy prezydent przegrał. Jack Valenti, najdroższy z przyjaciół, któremu życie w Białym Domu nie jest obcy, zostało powiedziane już wcześniej, to cudownie przeczytać w dzienniku żony Lyndona intymne słowa, wzmacniające jej bezwarunkową wiarę w decyzję o nieubieganiu się.

O wiele bardziej istotne są te działania: James Webb, szef NASA potrzebował następcy, aby się przygotować…. Więc powiedziano mu wcześnie. Kongresmen z Teksasu, Jake Pickle, musiał wiedzieć z wielu powodów, o których mu powiedziano. Nadszedł czas na jesień 1967 roku, kiedy najwyższy z urzędników musiał zostać oficjalnie poinformowany z góry. Jednym z nich był generał Westmoreland. Dowiedział się, że McNamara wyjeżdża i w drodze do generała zapoznano się z faktami dotyczącymi zdrowia Johnsona. LBJ szczerze omówił „zdrowie prezydentów”, w których mowa zawierała termin „inwalida”. Następny był generał Eisenhower. (Zaobserwowałem w mojej książce, że LBJ nigdy nie okłamałby absolwentów West Point w tego rodzaju sprawach.) Ike natychmiast przekazał to, czego się nauczył generałowi Goodpasterowi, który, jak powiedział, uważał to za „bardzo odkrywcze” w wielu sprawach .

Wydaje się, że przejście w tym momencie do dyskusji na temat tego, w jaki sposób prezydent Johnson postanowił ujawnić szerszej opinii publicznej i szeregowi kluczowych postaci swoją decyzję o nieuczestniczeniu w wyborach, byłoby niewiele. Nadszedł czas, kiedy było bardzo późno – marzec 1968 r., a dyrektor naczelny rozważał różne rzeczy: głównie to, co mógł wydostać z Wietnamu Północnego z przekazaną decyzją, że nie będzie już dłużej w „tym biurze”.

Czy musimy, po ustaleniu prawdy o wyrzeczeniu się Johnsona bycia na bilecie Demokratów z 1968 roku, prześledzić którekolwiek z wydarzeń, które miały miejsce wtedy iw ciągu nadchodzącego ponad pół roku? Tylko cytat z bystrego Richarda Nixona jest wart zachodu. Pod koniec 1967 roku o siedzącym prezydencie powiedział wnikliwie: „Wydawało się, że ucieka od… swojej polityki w miejscach publicznych” i nie ma poparcia. Tak obserwował mistrz polityk! Nawet nie wiedząc, że decyzja została podjęta, ten weteran mógł wyczuć, że postanowiono coś ważnego w kluczowej sprawie.

Niewiele osób było tak blisko Lyndona Johnsona, jak Arthur Krim (który w późniejszych latach przewodził Hollywood, ale w tamtym czasie był gwarantem wypłacalności kandydata LBJ podczas ubiegania się o wybory. 11 marca 1968 roku wybrał na stanowisko Huberta Humphry'ego Przewodniczący Klubu Prezydenta 30 kwietnia. Jeśli chodzi o Humphreya, siedzącego wiceprezydenta, powiedziano mu z dużym wyprzedzeniem, a Dean Rusk, sekretarz stanu, był kolejnym, który dowiedział się prawdy (choć w to nie wierzył).

W odpowiednim czasie sprytny prezydent, chcąc wydobyć coś ze słów i czynów, powiedział do krajowej audiencji: „…Nie będę zabiegał i nie przyjmę nominacji mojej partii na kolejną kadencję na waszego prezydenta”. Czy mogę teraz zacytować moją książkę na temat reakcji? „Słuchacze byli niedowierzający. Eric Severeid i inni prezenterzy telewizyjni byli całkowicie zagubieni w interpretacji, tak jak Johnson miał nadzieję, że tak będzie. Wbrew temu, co niektórzy twierdzą, Lady Bird była „promienna” dla swojego Lyndona, powiedziała: „Szlachetnie zrobione, kochanie”.

Po ustaleniu (chyba) mojej głównej tezy, że Lyndon B. Johnson nie został zmuszony do wycofania się z kandydowania o reelekcję w 1968 roku, nie widzę niczego, co można by zyskać rozmyślając o reakcjach w całym kraju w kręgach partyjnych lub wśród doradców Białego Domu. Wydaje się, że Johnson myślał, że mógłby/chciałby wygrać.

Może danie Lady Bird ostatniego słowa jest uzasadnione. Jesienią 1967 r. napisała prywatnie: po czterech latach sprawowania urzędu dla mężczyzny po sześćdziesiątce „może go dosięgnąć zły stan zdrowia… fizyczne lub psychiczne ubezwłasnowolnienie byłoby nie do zniesienia, bolesne dla niego do rozpoznania”. (Było tyle wizyt Lady Bird w szpitalach!)

Mój wniosek jest mocny: (str. 296) „Tak więc wycofanie się Johnsona z kandydatury na kolejną kadencję mogło być – ale najwyraźniej nie było – z powodu Tet, wojny w ogóle, rywalizujących przeciwników w jego partii, protestujących, sondaży, działanie „systemu”, wszelkie domniemane dziwactwa umysłowe lub domniemane tendencje do unikania konfliktów lub strach przed przegraną.” Jego kluczowe słowa podsumowujące zostały użyte przeze mnie w tytule mojego rozdziału, a mianowicie: „PRZESZEDŁEM NA ODLEGŁOŚĆ”.


Johnson ogłasza, że ​​nie będzie biegał w 1968 r. - Historia

Przemówienia i inne wykorzystanie mediów przez Lyndona B. Johnsona,
36 prezydent Stanów Zjednoczonych,
11/22/63 - 1/20/69

Najbardziej wszechstronną stroną są rozmowy telefoniczne w Lyndon Baines Johnson Library. Ich Telephone Conversations Release Sample Audio Files zawiera 6 fragmentów z wczesnych lat.
Najpierw warto zobaczyć fragmenty utworów Stevena Smitha i Kate Ellis w American RadioWorks, White House Tapes – The President Calling z sekcjami o prezydentach Kennedy, Johnson i Nixonie. The President Calling – Lyndon B. Johnson ma cztery strony i tematy, z których każdy zawiera materiały wyjaśniające unikalną metodę przekonywania telefoniczną Johnsona. Zawarte są w nim „Dogłębne historie” dotyczące wstrząsającej transformacji z listopada 1963 r. zatytułowanej Nagły prezydent, potem nadchodzi Droga z Selmy, pojawienie się w 1965 r. Ustawy o prawach głosowania, a następnie dylemat wietnamski (mówi sam za siebie, przy czym niektóre z nich z 1964 r., gdy Johnson publicznie odrzucił wszelkie zamiar poszerzenia tam amerykańskiego zaangażowania).
Miller Center of Public Affairs - Program Nagrania Prezydenta oraz Historia i polityka na głos również mają wiele pouczających fragmentów.
Poniżej przedstawiono kilka wiodących przykładów Johnsona przez telefon z tych czterech źródeł, wyszczególnionych według dat wydarzeń.

24.11.29.63 - Wybrane rozmowy telefoniczne dotyczące Komisji Specjalnej do zbadania zabójstwa prezydenta Johna F. Kennedy'ego (Komisja Warrena), 24-29 listopada 1963 r. źródło: LBJ w Owalnym Gabinecie z History and Politics Out Loud

14.12.63 – LBJ wyjaśnia swoją filozofię ekonomiczną prezesowi CEA Walterowi Hellerowi, wpływowe pozostałości z administracji Kennedy'ego źródło: Miller Center of Public Affairs – Presidential Recordings Program in Transcript & Audio Highlight Clips

14.05.64 – LBJ w sprawie ustawy o możliwościach ekonomicznych do kluczowego kongresmana Phila Landruma (D-Ga.), źródło dźwięku: Miller Center of Public Affairs – Presidential Recordings Program in Transcript & Audio Highlight Clips

23.07.64 - LBJ i Sen.Eastland of Mississippi (arcywróg praw obywatelskich) o trzech robotnikach praw obywatelskich zamordowanych tam w 1964 r. źródło: Miller Center of Public Affairs - Presidential Recordings Program

29.07.64 – LBJ sprzedaje wojnę z ubóstwem przyjacielowi i sceptycznemu demokracie z Teksasu George'owi Mahonowi źródło: Miller Center of Public Affairs – Presidential Recordings Program in Transcript & Audio Highlight Clips

30.07.64 – Wojna z ubóstwem i napięciami rasowymi na miejskiej północy z przedstawicielem Frankiem Smithem z Mississippi (rzadkim sojusznikiem z Mississippi, który starał się złagodzić politykę rasową), źródło dźwięku: Miller Center of Public Affairs – Presidential Recordings Program in Transcript &nbsp Klipy audio

11.05.64 – LBJ porównuje wojnę z ubóstwem do zniesienia niewolnictwa, do senatora Josepha Clarka (czołowego obrońcy praw obywatelskich Demokratów, z Pensylwanii), źródło dźwięku: Miller Center of Public Affairs – Presidential Recordings Program in Transcript & Audio Highlight Klipy

3/1/65 – Telephone Conversations Wydanie przykładowych plików audio – Adam Clayton Powell, źródło mp3 lub ram: Telephone Conversations at Lyndon Baines Johnson Library

24.12.65 - Burmistrz Chicago Daley i Społeczny Program Działań na rzecz Wojny z Ubóstwem (jako aspekt wojny niekochany przez burmistrzów miast, delikatnie mówiąc), źródło dźwięku: Miller Center of Public Affairs - Presidential Recordings Program w Transkrypcje i klipy z zaznaczeniem audio

2/1/66 - LBJ, Eugene McCarthy i Wietnam, 1966 rozmowa z człowiekiem, który jako pierwszy wystąpił przeciwko LBJ w 1968 jako kandydat antywojenny, źródło dźwięku: Miller Center of Public Affairs - Presidential Recordings Program in Transcript & Audio Zaznacz klipy

Wszystko Transkrypcje konferencji prasowych są dostępne na prezydenckich konferencjach prasowych organizacji The American President Project.


Prezydent ogłasza swoją decyzję o wstrzymaniu bombardowania Wietnamu Północnego

Źródło: Dokumenty publiczne prezydentów Stanów Zjednoczonych: Lyndon B. Johnson, 1968-69. Tom II, pozycja 572, s. 1099-1103. Waszyngton, DC: rządowe biuro drukarskie, 1970.

Uwaga: Prezydent nagrał przemówienie 30 października 1968 r. w Teatrze Rodzinnym w Białym Domu do wyemitowania w ogólnopolskim radiu i telewizji o godzinie 20:00. 31 października. W swoim przemówieniu odniósł się do W. Averella Harrimana i Cyrusa R. Vance'a, przedstawicieli USA na paryskich rozmowach pokojowych z Wietnamem Północnym, gen. Creightona W. Abramsa, dowódcy Dowództwa Wsparcia Wojskowego USA w Wietnamie oraz gen. William C. Westmoreland, szef sztabu armii, który poprzedził generała Abramsa jako dowódca USA w Wietnamie.

Prezydent Lyndon Baines Johnson

Dobry wieczór, moi rodacy:

Mówię wam dziś wieczorem o bardzo ważnych wydarzeniach w naszych poszukiwaniach pokoju w Wietnamie.

Od maja zeszłego roku prowadzimy rozmowy z Wietnamczykami Północnym w Paryżu. Dyskusje rozpoczęły się po tym, jak wieczorem 31 marca w przemówieniu telewizyjnym do Narodu ogłosiłem, że Stany Zjednoczone &mdashin starają się rozpocząć rozmowy w sprawie uregulowania wojny w Wietnamie &mdash powstrzymały bombardowanie Wietnamu Północnego na obszarze, gdzie 90 procent ludzie żyją.

Kiedy nasi przedstawiciele&mdashAmbasador Harriman i ambasador Vance&mdash zostali wysłani do Paryża, poinstruowano ich, aby w trakcie dyskusji nalegali, aby prawomocny wybrany rząd Wietnamu Południowego zajął swoje miejsce we wszelkich poważnych negocjacjach mających wpływ na przyszłość Wietnamu Południowego.

Dlatego nasi Ambasadorzy Harriman i Vance na początku jasno dali do zrozumienia przedstawicielom Wietnamu Północnego, że &mdashas, ​​o którym wspomniałem wieczorem 31 marca &mdash, całkowicie powstrzymamy bombardowanie terytorium Wietnamu Północnego, gdy doprowadzi to do szybkich i owocnych rozmów, co oznacza przez te rozmowy, w których rząd Wietnamu mógł brać udział.

Nasi ambasadorowie podkreślali również, że nie możemy powstrzymać bombardowań, dopóki narażamy życie i bezpieczeństwo naszych żołnierzy.

Przez wiele dobrych tygodni w rozmowach nie było żadnego ruchu. Rozmowy wyglądały na naprawdę impasu.

Kilka tygodni temu weszli w nową, dużo bardziej obiecującą fazę.

Kiedy posuwaliśmy się naprzód, przeprowadziłem serię bardzo intensywnych dyskusji z naszymi sojusznikami oraz wyższymi rangą wojskowymi i dyplomatycznymi oficerami rządu Stanów Zjednoczonych na temat perspektyw pokoju. Prezydent przekazał również informacje naszym przywódcom Kongresu i wszystkim kandydatom na prezydenta.

W ostatnią niedzielę wieczorem i przez cały poniedziałek zaczęliśmy uzyskiwać potwierdzenie zasadniczego zrozumienia, którego szukaliśmy od pewnego czasu z Wietnamczykami Północnymi w krytycznych sprawach między nami. Spędziłem większość dnia we wtorek, omawiając każdy szczegół tej sprawy z naszym dowódcą polowym, generałem Abramsem, któremu kazałem wrócić do domu, a który przybył tutaj, do Białego Domu o 2:30 rano, i udał się na natychmiastową konferencję z Prezydenta i odpowiednich członków jego gabinetu. Otrzymaliśmy wyrok generała Abramsa i dość obszernie wysłuchaliśmy jego zaleceń.

Teraz, w wyniku tych wszystkich wydarzeń, zarządziłem, aby wszystkie bombardowania powietrzne, morskie i artyleryjskie Wietnamu Północnego ustały o godzinie 8 rano czasu waszyngtońskiego, w piątek rano.

Podjąłem tę decyzję na podstawie wydarzeń z rozmów paryskich.

I doszedłem do tego w przekonaniu, że ta akcja może prowadzić do postępu w kierunku pokojowego rozwiązania wojny wietnamskiej.

Poinformowałem już trzech kandydatów na prezydenta, a także przywódców Kongresu zarówno Partii Republikańskiej, jak i Demokratycznej o powodach, dla których rząd podjął tę decyzję.

Ta decyzja bardzo ściśle zgadza się z wypowiedziami, które złożyłem w przeszłości w sprawie zaprzestania bombardowania.

19 sierpnia prezydent powiedział: „ta administracja nie zamierza posuwać się dalej, dopóki nie będzie miała dobrych powodów, by sądzić, że druga strona poważnie zamierza”.

I znowu 10 września powiedziałem: „Bombardowanie nie ustanie, dopóki nie będziemy pewni, że nie doprowadzi do zwiększenia liczby ofiar w Ameryce”.

Połączeni Szefowie Sztabów, wszyscy wojskowi, zapewnili mnie. Generał Abrams bardzo stanowczo zapewnił mnie we wtorek na tym wczesnym spotkaniu o godzinie 2:30, że w ich osądzie wojskowym ta akcja powinna zostać podjęta teraz i że ta akcja nie spowoduje żadnych wzrost ofiar w Ameryce.

W najbliższą środę, 6 listopada, odbędzie się zwykła sesja rozmów paryskich, w której będą mogli wziąć udział przedstawiciele rządu Wietnamu Południowego. Przedstawiciele rządu Hanoi informują nas, że obecni będą również przedstawiciele Frontu Wyzwolenia Narodowego. Podkreślam, że ich obecność w żaden sposób nie oznacza uznania Frontu Wyzwolenia Narodowego w jakiejkolwiek formie. Jednak jest to zgodne z twierdzeniami, które wygłaszaliśmy wiele razy na przestrzeni lat, że NLF nie będzie miał trudności z ujawnieniem swoich poglądów.

Ale czego teraz oczekujemy&mdashczego mamy prawo oczekiwać&mdashare szybkich, produktywnych, poważnych i intensywnych negocjacji w atmosferze sprzyjającej postępowi.

Doszliśmy do etapu, na którym można rozpocząć owocne rozmowy. Wyjaśniliśmy drugiej stronie, że takie rozmowy nie mogą być kontynuowane, jeśli wykorzystują je militarnie. Nie możemy prowadzić owocnych rozmów w atmosferze ostrzału miast i nadużywania strefy zdemilitaryzowanej.

Myślę, że powinienem was ostrzec, moi rodacy, że tego rodzaju aranżacje nigdy nie są niezawodne. Zresztą nawet formalne traktaty nigdy nie są niezawodne, jak nauczyliśmy się z naszego doświadczenia.

Ale w świetle postępu, jaki dokonał się w ostatnich tygodniach, oraz po dokładnym rozważeniu i rozważeniu jednomyślnych rad wojskowych i dyplomatycznych oraz osądu udzielonego Naczelnemu Wodzowi, w końcu zdecydowałem się podjąć ten krok teraz i naprawdę określić w dobrej wierze tych, którzy zapewnili nas, że po zakończeniu bombardowań nastąpi postęp i próba ustalenia, czy możliwy jest wczesny pokój. Nadrzędną kwestią, która rządzi nami w tej chwili, jest szansa i sposobność, jaką być może będziemy mieli, aby ocalić ludzkie życie, ocalić ludzkie życie po obu stronach konfliktu. Dlatego doszedłem do wniosku, że powinniśmy sprawdzić, czy działają w dobrej wierze.

Możemy zostać zmyleni &mdashand jesteśmy przygotowani na taką ewentualność. Modlimy się do Boga, że ​​to nie występuje.

Ale dla nas wszystkich powinno być jasne, że nowa faza negocjacji, która rozpocznie się 6 listopada, nie powtarza się, nie oznacza, że ​​w Azji Południowo-Wschodniej nastał jeszcze stabilny pokój. Przed nami mogą być bardzo ciężkie walki. Z pewnością będą bardzo trudne negocjacje, ponieważ przed tymi negocjatorami wciąż stoi wiele trudnych i krytycznie ważnych kwestii. Ale mam nadzieję i wierzę, że przy dobrej woli uda nam się je rozwiązać. Wiemy, że negocjacje mogą przebiegać szybko, jeśli wspólnym zamiarem negocjatorów jest pokój na świecie.

Świat powinien wiedzieć, że Amerykanie z goryczą pamiętają długie, bolesne negocjacje koreańskie z lat 1951-1953 i że nasz naród po prostu nie zaakceptuje ponownie celowych opóźnień i przedłużającego się zwlekania.

Jak więc doszło do tego, że teraz, 1 listopada, zgodziliśmy się powstrzymać bombardowanie Wietnamu Północnego?

Oddałbym wszystko, co posiadam, gdyby warunki pozwoliły mi to powstrzymać kilka miesięcy temu, gdyby w rozmowach paryskich pojawił się jakikolwiek ruch, który uzasadniałby powiedzenie panu: „Teraz można to bezpiecznie zatrzymać”.

Ale ja, prezydent Stanów Zjednoczonych, nie kontroluję czasu wydarzeń w Hanoi. Decyzje w Hanoi tak naprawdę określają, kiedy i czy będziemy mogli zatrzymać bombardowanie.

Nie mogliśmy wycofać się z naszego nalegania na udział rządu Wietnamu Południowego w poważnych rozmowach dotyczących przyszłości ich narodu i mieszkańców Wietnamu Południowego. Bo chociaż jesteśmy sprzymierzeni z Wietnamem Południowym przez wiele lat w tej walce, nigdy nie zakładaliśmy i nigdy nie będziemy domagać się roli dyktowania przyszłości ludności Wietnamu Południowego. Sama zasada, dla której jesteśmy zaangażowani w Wietnamie Południowym&mdash zasada samostanowienia&mdash wymaga, aby podczas rozmów paryskich mogli swobodnie mówić sami mieszkańcy Wietnamu Południowego oraz aby delegacja Wietnamu Południowego odgrywała wiodącą rolę zgodnie z naszą umową z Prezydentem Thieu w Honolulu.

Tak samo jasno powiedziano Wietnamowi Północnemu, że całkowite wstrzymanie bombardowań nie może ryzykować życia naszych ludzi.

Kiedy przemawiałem 31 marca ubiegłego roku, powiedziałem tego wieczoru: „To, czy całkowite wstrzymanie bombardowań będzie możliwe w przyszłości, będzie zależeć od wydarzeń”.

Cóż, dziś wieczorem nie mogę wam szczegółowo powiedzieć, dlaczego w Paryżu nastąpił postęp. Mogę jednak powiedzieć, że w Wietnamie Południowym miała miejsce seria obiecujących wydarzeń: &mdashRząd Wietnamu Południowego stale się umacnia. Siły Zbrojne Południowego Wietnamu zostały znacznie zwiększone do tego stopnia, że ​​dziś wieczorem milion ludzi jest pod bronią, a skuteczność tych ludzi stale się poprawia. &mdashWspaniałe wyniki naszych ludzi, pod znakomitym przywództwem generała Westmorelanda i generała Abramsa, przyniosły naprawdę niezwykłe rezultaty.

Być może niektóre lub wszystkie z tych czynników przyczyniły się do postępu w rozmowach. A kiedy w końcu nastąpił postęp, wierzę, że moje obowiązki wobec dzielnych ludzi i mdash, którzy ponoszą dziś ciężar bitwy w Wietnamie Południowym, oraz obowiązek starania się o honorowe rozstrzygnięcie wojny, wymagały ode mnie uznania i działania bez opóźnienie.

Było wiele długich dni oczekiwania na nowe kroki w kierunku pokoju i dni, które rozpoczęły się z nadzieją, by zakończyć w nocy rozczarowaniem. Stałość w naszym narodowym celu&mdash, którym jest poszukiwanie podstaw trwałego pokoju w Azji Południowo-Wschodniej, wspierała mnie we wszystkich tych godzinach, kiedy wydawało się, że w tych rozmowach nie ma żadnego postępu.

Ale teraz, gdy nadszedł postęp, wiem, że wasze modlitwy są połączone z moimi iz modlitwami całej ludzkości, że działanie, które ogłoszę dziś wieczorem, będzie wielkim krokiem w kierunku trwałego i honorowego pokoju w Azji Południowo-Wschodniej. To może być.

Zatem to, czego od nas wymaga się w tych nowych okolicznościach, to właśnie ta stała determinacja i cierpliwość, które doprowadziły nas do tej bardziej pełnej nadziei perspektywy.

To, czego się od nas wymaga, to odwaga, niezłomność i wytrwałość tutaj w domu, które dorównują naszym ludziom, którzy walczą za nas dzisiejszego wieczoru w Wietnamie.

Proszę więc nie tylko o modlitwę, ale o odważne i wyrozumiałe wsparcie, którego Amerykanie zawsze udzielają swojemu prezydentowi i ich przywódcy w godzinie próby. Z takim zrozumieniem iz takim wsparciem nie zawiedziemy.

Siedem miesięcy temu powiedziałem, że nie pozwolę prezydencji angażować się w partyzanckie podziały, które wówczas rozwijały się w tym roku politycznym. W związku z powyższym, w nocy 31 marca ogłosiłem, że nie będę starał się o nominację mojej partii na kolejną kadencję prezydenta ani też jej nie przyjmę.

Poświęciłem wszystkie zasoby prezydencji na poszukiwanie pokoju w Azji Południowo-Wschodniej. Przez całe lato i jesień informowałem wszystkich kandydatów na prezydenta o wydarzeniach w Paryżu i Wietnamie. Dałem jasno do zrozumienia, że ​​żaden kandydat nie miałby przewagi nad innymi — czy to w zakresie informacji o tych wydarzeniach, czy też wcześniejszego powiadomienia o polityce, jaką zamierzał prowadzić rząd. Wszystkim naczelnym oficerom dyplomatycznym i wojskowym tego rządu poinstruowano, aby podążali tą samą drogą.

Od tamtej nocy 31 marca każdy z kandydatów miał odmienne poglądy na politykę rządu. Ale ogólnie rzecz biorąc, przez całą kampanię byliśmy w stanie zaprezentować zjednoczony głos wspierający nasz rząd i naszych ludzi w Wietnamie. Mam nadzieję i wierzę, że może to potrwać do 20 stycznia przyszłego roku, kiedy nowy Prezes obejmie urząd. Ponieważ w tej krytycznej godzinie po prostu nie możemy sobie pozwolić na więcej niż jeden głos przemawiający w imieniu naszego Narodu w poszukiwaniu pokoju.

Nie wiem, kto zostanie zainaugurowany jako 37. prezydent Stanów Zjednoczonych w styczniu przyszłego roku. Ale wiem, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, w ciągu najbliższych kilku miesięcy, aby spróbować zmniejszyć jego ciężary, ponieważ wkład prezydentów, którzy mnie poprzedzali, znacznie odciążył mój. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby doprowadzić nas do pokoju, którego nowy prezydent&mdash tak samo jak ten prezydent i, jak sądzę, każdy inny Amerykanin&mdash tak bardzo i pilnie pragnie.


Wojna w Wietnamie: oś czasu amerykańskiego uwikłania

Filmowcy Ken Burns i Lynn Novick omawiają swój nowy serial dokumentalny telewizji PBS „Wojna wietnamska” i znaczenie pamiętania o wojnie w Vietnam Veterans Memorial.

Amerykańscy żołnierze są zrzucani przez helikoptery armii amerykańskiej, aby dołączyć do południowowietnamskich oddziałów lądowych w ataku na obóz Viet Congu, 18 mil na północ od Tay Ninh, na północny zachód od Sajgonu w pobliżu granicy z Kambodżą, w marcu 1965 r. podczas wojny wietnamskiej. (Zdjęcie: Horst Faas, AP)

7 maja 1954: Siły Viet Minha Ho Chi Minha pokonują Francuzów w bitwie pod Dien Bien Phu, skutecznie kończąc 7 i pół-letnią wojnę indochińską.

Lipiec 1954: Na konferencji w Genewie światowe mocarstwa zgadzają się na podzielony Wietnam.

Komuniści pod wodzą Ho Chi Minha kontrolują Północ. Stany Zjednoczone ostatecznie wspierają na południu antykomunistyczny rząd kierowany przez Ngo Dinh Diem.

10 września 1960: Le Duan zastępuje Ho Chi Minha na stanowisku pierwszego sekretarza Wietnamskiej Partii Komunistycznej w Hanoi.

8 listopada 1960: John F. Kennedy pokonuje Richarda Nixona w wyborach prezydenckich w USA. Lyndon B. Johnson jest wiceprezydentem.

20 grudnia 1960: Rewolucjoniści z Południa, wspierani przez Komunistyczną Partię Wietnamu Północnego, tworzą Front Wyzwolenia Narodowego, znany w Sajgonie i Waszyngtonie jako Viet Cong.

11 czerwca 1963: Samospalenie buddyjskiego mnicha Thich Quang Duca w Sajgonie wywołuje oburzenie na całym świecie i zwraca uwagę na rozwijający się konflikt.

1-2 listopada 1963: Prezydent Diem i jego brat Ngo Dinh Nhu zostają zamordowani podczas zamachu stanu dokonanego przez dysydenckich generałów armii Wietnamu Południowego.

22 listopada 1963: Kennedy zostaje zamordowany, a Johnson zostaje zaprzysiężony na prezydenta.

2-4 sierpnia 1964: Dwa rzekome incydenty w Zatoce Tonkińskiej skłoniły Johnsona do uzyskania zgody Kongresu na bezpośrednie zaangażowanie USA w Wietnamie.

8 marca 1965: Pierwsi marines lądują w Danang.

14-18 listopada 1965: W dolinie Ia Drang wojska amerykańskie toczą swoje pierwsze bitwy na dużą skalę z armią Wietnamu Północnego.

Studenci college'u maszerują przeciwko wojnie w Bostonie. 16 października 1965 w „Wojna wietnamska” (zdjęcie: Frank C. Curtin, AP via PBS)

15 kwietnia i 21 października 1967: Setki tysięcy protestujących przeciwko wojnie gromadzą się na demonstracjach w nowojorskim Central Parku i Waszyngtonie.

Lato 1967 do wiosny 1968: Podczas serii „bitw granicznych” w odległych miejscach Dak To, Con Thien i Khe Sanh, armia amerykańska i marines mierzą się z nieustannymi atakami ze strony Wietnamu Północnego.

31 stycznia 1968: Podczas ofensywy Tet oddziały Wietnamu Północnego i Wietkongu przeprowadzają niespodziewane ataki na cele w całym Wietnamie Południowym.

Luty 1968: W starożytnej cesarskiej stolicy Hue siły komunistyczne przeprowadzają egzekucję co najmniej 2800 osób, głównie cywilów z Południowego Wietnamu.


Lyndon Johnson i Wietnam

Lyndon Johnson zastąpił Johna F. Kennedy'ego na stanowisku prezydenta. Podobnie jak wielu „jastrzębi” w Białym Domu, Johnson był gorącym zwolennikiem „teorii domina” i chętnie wspierał Wietnam Południowy przeciwko NLF:

„Jeśli jutro opuścimy Wietnam, będziemy walczyć na Hawajach, a w przyszłym tygodniu będziemy musieli walczyć w San Francisco”.

Johnson był zachęcany przez swoich doradców do przyjęcia bardziej zdecydowanego podejścia do konfliktu w Wietnamie i wysłania wojsk amerykańskich w celu wzmocnienia armii Wietnamu Południowego. Nowym przywódcą Wietnamu Południowego został generał Khanh i dał jasno do zrozumienia Johnsonowi, że nie wierzy, iż armia Wietnamu Południowego może wytrzymać NLF. Początkowo Johnson nie miał ochoty wysyłać żołnierzy do Wietnamu Południowego. Wiedział, że politycznie nie będzie to popularny ruch i że czeka go wybory w 1964 roku. Johnson powiedział Połączonym Szefom Sztabów, że zrobi wszystko, co będzie konieczne, aby wesprzeć Khanh, ale że nie będzie to obejmowało wysłania wojsk amerykańskich aż do zakończenia wyborów prezydenckich w listopadzie 1964 roku.Ten komentarz do Połączonych Szefów Sztabów został wygłoszony na początku 1964 roku. Zaczęli się obawiać, że jedenastomiesięczna przerwa byłaby zbyt długa dla przetrwania Armii Wietnamu Południowego.

W tej sytuacji wojsko znalazło się w konflikcie ze swoim naczelnym dowódcą, prezydentem USA. Chcieli większego zaangażowania USA i chcieli tego natychmiast, podczas gdy prezydent Johnson był bardzo świadomy, że pełne zaangażowanie wojskowe USA może mieć negatywny wpływ na jego szanse na wygranie wyborów w 1964 roku.

Johnson nie był przeciwny większemu zaangażowaniu wojska USA – po prostu zdawał sobie sprawę, że nie zostanie to dobrze przyjęte w niektórych częściach Ameryki. Poparł „Plan Operacyjny 34B”. Wiązało się to z wysłaniem azjatyckich najemników do Wietnamu Północnego w celu dokonania aktów sabotażu. W ramach programu rozpoznawczego „USS Maddox” został wysłany do Zatoki Tonkińskiej w celu zbadania obrony morskiej Wietnamu Północnego. Rezultatem tego był atak na „Maddox” przez trzy północnowietnamskie kutry torpedowe.

Johnson otrzymał powód, dla którego musiał zarządzić naloty bombowe na Wietnam Północny. Jako prezydent i głównodowodzący byłby postrzegany jako słaby przywódca, gdyby nie zrobił nic, by temu przeciwdziałać – podobnie jak jego szefowie sztabu i on sam negocjowali. W ogólnokrajowej telewizji Johnson powiedział amerykańskiej opinii publicznej:

„Powtarzające się akty przemocy wobec sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych muszą spotkać się nie tylko z czujną obroną, ale także z pozytywną odpowiedzią. Ta odpowiedź jest udzielana, gdy przemawiam dziś wieczorem.

Kongres udzielił Johnsonowi wystarczającego poparcia dla jego działań (Senat 88 do 2 i Izba 416 do 0), a także upoważnił go do podjęcia wszelkich środków, które uznał za konieczne przeciwko Wietnamowi Północnemu.

Przed wyborami prezydenckimi w 1964 roku Johnson został zbesztany przez kandydata Republikanów, Barry'ego Goldwatera, za zbyt łagodne podejście do Wietnamczyków Północnych. W odpowiedzi Johnson powiedział opinii publicznej, że nie jest przygotowany do wysłania wojsk USA tysiące mil za granicę, aby zrobiły to, co powinna robić armia Wietnamu Południowego – chronić swoich ludzi.

Johnson z łatwością wygrał wybory prezydenckie w 1964 roku. Wkrótce wojska amerykańskie zostały wysłane do Wietnamu Południowego.

Na początku 1965 roku Johnson zatwierdził „Operację Rolling Thunder”, która rozpoczęła się 24 lutego. Były to masowe bombardowania Wietnamu Północnego i terytorium zajmowanego przez NLF w Wietnamie Południowym. Początkowo „Operacja Rolling Thunder” miała trwać osiem tygodni – trwała trzy lata. NLF odpowiedziało na bombardowanie, atakując amerykańskie bazy lotnicze w Wietnamie Południowym. Dowódca amerykańskich doradców na południu, generał Westmoreland, poinformował Johnsona, że ​​ludzie, których miał na południu, nie są w stanie obronić swoich baz i że potrzebuje więcej ludzi. Johnson odpowiedział wysłaniem wojsk amerykańskich – tym razem nie byli oni „doradcami”. 8 marca 1965 roku do Wietnamu Południowego przybyło 3500 amerykańskich marines – oddziałów bojowych. Johnson sprzedał to wdrożenie społeczeństwu amerykańskiemu, twierdząc, że będzie w Wietnamie Południowym jako środek krótkoterminowy. W sondażu przeprowadzonym w 1965 roku 80% ankietowanych Amerykanów wskazało, że popiera Johnsona.

Johnson nigdy nie mógł sobie wyobrazić, co zaczął. Do czasu wyborów prezydenckich w 1968 r. Ameryka została uwikłana w wojnę, która miała przybrać znacznie większy wymiar, niż ktokolwiek mógł sądzić w 1965 r. Johnson nie startował w wyborach prezydenckich w 1968 r., a wielu ekspertów w tamtym czasie stwierdziło, że to było wynikiem tego, co działo się w tym czasie z oddziałami amerykańskimi w Wietnamie Południowym.


Lekcje z wyborów 1968 r.

Prawie pięćdziesiąt lat temu, 31 marca 1968 roku, Lyndon Johnson zaskoczył wszystkich, ogłaszając, że nie będzie kandydował na drugą kadencję prezydenta. Johnson o dziewiątej wieczorem wystąpił w telewizji, aby przemówić do narodu w sprawie wojny w Wietnamie. Nie szło dobrze. W ciągu ostatnich trzech lat Stany Zjednoczone zrzuciły na Wietnam więcej ton bomb niż wszystkie walczące strony razem wzięte podczas II wojny światowej. Zginęło tam dwadzieścia tysięcy Amerykanów, cztery tysiące w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, po niespodziewanym ataku, znanym jako ofensywa Tet, dokonanym przez siły Wietnamu Północnego i Wietkongu. Straty wrogów były znacznie wyższe, ale to tylko sprawiło, że wojna wydawała się bardziej przerażająca i wymykająca się spod kontroli.

Byłem w domu, siedziałem w piwnicy, gdzie trzymaliśmy telewizor, słuchając przemówienia Johnsona z moim ojcem. Stał plecami do ekranu, żeby nie musieć patrzeć na Johnsona. Protestował przeciwko polityce Johnsona wobec Wietnamu. Jedyną osobą obecną w piwnicy, która doceniła symbolikę, byłam ja.

Mój ojciec już wcześniej zarejestrował swój sprzeciw w bardziej merytoryczny sposób. Pracował w Waszyngtonie dla jednego z programów walki z ubóstwem Johnsona, ale zrezygnował, ponieważ czuł, że nie może pracować dla administracji, która podtrzymywała autokratyczne reżimy w Sajgonie i napaliła Wietnamczyków. Tak więc przenieśliśmy się z powrotem do Massachusetts, gdzie przyjął mniejszą pracę z, jak sądzę, niższą pensją.

W swoim przemówieniu Johnson zapowiedział redukcję amerykańskich nalotów i powiedział, że będzie dążył do wynegocjowanego porozumienia, ale powiedział też, że wysyła więcej żołnierzy. Następnie powiedział: „Doszedłem do wniosku, że nie powinienem pozwalać prezydencji na angażowanie się w podziały partyzanckie, które rozwijają się w tym roku politycznym”. Mój ojciec się ożywił. Nie odwrócił się jednak. „W związku z tym” – ciągnął Johnson – „nie będę starał się i nie przyjmę nominacji mojej partii na kolejną kadencję na waszego prezydenta”.

„On nie biegnie!” - krzyknął ojciec do mamy, która była na górze. Nie chciała nawet słuchać Johnsona. W takim domu dorastałam. „On nie biegnie!”

Dla antywojennych liberałów, takich jak moi rodzice, którzy maszerowali w Waszyngtonie w październiku ubiegłego roku w gigantycznej demonstracji zorganizowanej przez grupę znaną jako Mobe (Komitet Mobilizacji Narodowej w celu zakończenia wojny w Wietnamie), Johnson był potworem, który zdradził liberalizm, a Rycerzem, który go zabił, był Eugene McCarthy.

McCarthy był starszym senatorem z Minnesoty, liberalnym antykomunistą, którego korzenie, podobnie jak moich rodziców, tkwiły w polityce New Deal. W przeciwieństwie do moich rodziców, McCarthy miał duchową stronę. Jako młody człowiek wstąpił do klasztoru pod nazwą Brat Conan, ale został wyrzucony za grzech intelektualnej dumy. McCarthy zawsze miał trochę… pogarda świata o nim. Odwrócenie się plecami do telewizora było gestem, który by zrozumiał.

Na początku McCarthy był kandydatem na jedną kwestię. Był gołębiem. Uciekł przeciwko ciągłej amerykańskiej interwencji wojskowej w Wietnamie. Ale był także urażony uporem administracji, że jej uprawnienia wojenne są absolutne, oraz jej coraz bardziej przejrzystymi kłamstwami na temat postępów wojny. Doszedł do wniosku, że administracja jest zagrożeniem dla demokracji. Był wrogiem tego, co zwykło się nazywać „cesarską prezydencją”.

Choć Johnson był niepopularny w 1968 roku wśród Demokratów, takich jak moi rodzice, był człowiekiem, który politycy dwa razy zastanawiali się nad przejściem. Wygrał wybory prezydenckie w 1964 roku przeciwko Barry'emu Goldwaterowi, zdobywając najwyższy odsetek głosów w historii Ameryki, i wiedział, jak zmiażdżyć swoich przeciwników. Nawet Demokraci w Kongresie, którzy wiedzieli, że Johnson spycha kraj z klifu – a pod koniec 1967 roku, kiedy w Wietnamie stacjonowało czterysta osiemdziesiąt pięć tysięcy Amerykanów, szaleństwo interwencji stało się oczywiste – nie chcieli się z tym zerwać. go publicznie. Ale McCarthy to zrobił. W listopadzie 1967 ogłosił, że przystępuje do demokratycznych prawyborów prezydenckich. Biegał przeciwko siedzącemu przewodniczącemu własnej partii. Wiele osób uważało, że popełnił harakiri – być może szlachetny czyn, ale politycznie szalony.

Szkoła podstawowa w New Hampshire, która odbyła się 12 marca 1968 roku, skłoniła tych ludzi do ponownego przemyślenia. Nie dlatego, że McCarthy radził sobie szczególnie dobrze. Nazwisko Johnsona nie figurowało w głosowaniu Demokratów, ale z łatwością wygrał jako kandydat do wpisu, zdobywając czterdzieści dziewięć procent głosów Demokratów. McCarthy dostał czterdzieści dwa procent, mimo że jego nazwisko było jedynym nazwiskiem na karcie do głosowania, i mimo że miał pięć tysięcy studentów z New Hampshire i dwa tysiące ochotników spoza stanu, którzy agitowali za nim w stanie. McCarthy otrzymał około dwudziestu dwóch tysięcy głosów Demokratów, w przybliżeniu trzy głosy na każdego pracownika kampanii.

W polityce krajowej dwadzieścia dwa tysiące nie było onieśmielającą liczbą głosów – dwadzieścia dwa tysiące ludzi nie zapełniłoby nawet połowy Yankee Stadium – a New Hampshire nie było stanem, który Demokraci musieli utrzymać. W poprzednich pięciu wyborach prezydenckich czterokrotnie głosował na Republikanów. (Wyjątkiem było osunięcie się ziemi w Johnson w 1964 roku.) Zwycięzca prawyborów republikanów, Richard Nixon, otrzymał osiemdziesiąt cztery tysiące głosów, czyli trzydzieści tysięcy więcej niż Johnson i McCarthy razem wzięte. Ale krew była w wodzie i cztery dni później, 16 marca, Robert F. Kennedy, młodszy senator z Nowego Jorku, ogłosił swoją kandydaturę.

Gdyby Kennedy nie wziął udziału w wyścigu, Johnson mógłby odeprzeć McCarthy'ego. W 1968 prawybory odegrały niewielką rolę w procesie selekcji delegatów. Trzydzieści sześć stanów nawet ich nie utrzymało. Strony kontrolowały proces. Człowiek, który ostatecznie wygrał nominację Demokratów, Hubert Humphrey, wiceprezydent Johnsona, nie wszedł do ani jednej prawybory.

Robert Kennedy jest jednym z najwspanialszych wydarzeń w amerykańskiej historii politycznej. W 1968 miał zaledwie czterdzieści dwa lata. Miał najbardziej efektowne nazwisko w polityce, nosił płaszcz męczeństwa i przekształcił się z wyrachowanego bojownika — kierował kampanią prezydencką swojego brata w 1960 r., a po wyborach pełnił funkcję jego prokuratora generalnego — w swego rodzaju egzystencjalistę. Mesjasz. Na Narodowej Konwencji Demokratów w 1964 roku w Atlantic City otrzymał dwudziesto dwuminutową owację na stojąco za samo pojawienie się na mównicy.

W twarzy i głosie Kennedy'ego była surowość, która zdawała się pasować do narodowego nastroju. Był uosobieniem bólu kraju nad upadłym przywódcą. I miał zdolność do odzwierciedlenia tego, co wyborcy na niego rzutowali. Wydawał się łączyć młodość z doświadczeniem, intelekt z sercem, uliczny zmysł z wizją. Był bohaterem dla zbieraczy winogron z Chicano, dla Afroamerykanów z śródmieścia, dla robotników związkowych. Był człowiekiem czasów, gdy one się zmieniały”. Kennedy miał hejterów. Posiadanie hejterów jest częścią pracy mesjasza. Ale był zbawczy. Potrafił wprawić publiczność w szał, a zatwardziali politycy mogli płakać. Ludzie myśleli, że mógłby pójść na Konwencję i ukraść nominację Johnsonowi. Ludzie myśleli, że mógłby pokonać Nixona.

Johnson nie był zbawienny. „Talia głęboko w Big Muddy, a wielki głupiec każe się przepychać” – słyszałem Pete Seegera śpiewającego w Waszyngtonie w 1967 roku. To piosenka o plutonie podczas II wojny światowej, ale wszyscy wiedzieli, kto był tym wielkim głupcem. Linia była elektryczna. Pete był wykonawcą śpiewającym, a liberalna publiczność (kto jeszcze byłaby na koncercie Pete'a Seegera?) wykrzyczała to.

To tak, jakby zapomnieli, że Johnson przeforsował dwa główne akty prawne dotyczące praw obywatelskich: Ustawę o prawach obywatelskich z 1964 r., która zabraniała dyskryminacji ze względu na rasę, religię lub płeć, oraz Ustawę o prawach głosowania z 1965 r., która gwarantowała franczyza dla Afroamerykanów na dawniej segregowanym Południu. Były to największe postępy prawne w stosunkach rasowych od czasu poprawek do wojny secesyjnej. Ale w 1968 roku przyćmił ich Wietnam.

Johnson nie miał doświadczenia w polityce zagranicznej. Podobnie jak Harry Truman w latach 1947 i 1948, pozwolił generałom i jastrzębiom politycznym przekonać go o głównym błędnym myśleniu zimnowojennym: że stawką każdej zmiany reżimu na świecie jest pozycja Ameryki. Nie chciał być prezydentem, który stracił Azję Południowo-Wschodnią na rzecz komunizmu.

„Kpi, ilekroć proponuję malowniczą trasę”.

W 1968 r. programy Great Society Johnsona – ustawodawstwo dotyczące edukacji, opieki zdrowotnej, odnowy miast i transportu, których zakres dorównywał New Dealowi – umierały z powodu kosztów wojny, a on narzucił dziesięcioprocentowy dochód surtax, niezawodny sposób, aby stać się niepopularnym wśród prawie wszystkich. Inflacja, która przez większą część okresu powojennego była niska, osiągnęła cztery procent. (Poszło znacznie wyżej: kraj znajdował się na krawędzi ekonomicznej oszczędności, której przepracowanie zajęło piętnaście lat).

Przesłaniem New Hampshire nie było zatem to, że McCarthy był odpowiedzią na problemy narodu. Chodziło o to, że Johnson był twarzą tego, od czego wielu wyborców chciało uciec. New Hampshire nie sprawiło, że McCarthy wydawał się wybieralny tak bardzo, jak sprawiło, że Johnson wydawał się możliwy do pokonania. To była wiadomość, na którą czekał Kennedy i nie marnował czasu na skakanie do wyścigu. Został słusznie oskarżony o oportunizm.

Chociaż Johnson służył jako wiceprezydent Johna F. Kennedy'ego, nie było żadnej miłości między nim a Kennedymi. Nie został stworzony do roli w Camelocie. Pułkownik Cornpone, jak nazywał go Jackie Kennedy. Na pierwszym posiedzeniu gabinetu po J.F.K. został zamordowany, Robert spóźnił się, a wszyscy w pokoju wstali na znak szacunku, z wyjątkiem Johnsona. Pięć lat później Johnson przegrał jedną wojnę za granicą, nie mógł zaangażować się na drugim froncie w domu. Tak więc 31 marca, dwa tygodnie po tym, jak Kennedy wystartował w wyścigu, Johnson uczynił mojego ojca, na krótko, szczęśliwym człowiekiem.

Po 31 marca prawybory stały się mano a mano pomiędzy Kennedym i McCarthy. Jako działacz kampanii, Kennedy był gorący, a McCarthy fajny, ale McCarthy nie cierpiał z powodu kontrastu, przynajmniej wśród białych liberałów. Stworzył własną aurę, aurę samurajów: niezachwianą i ascetyczną.

28 maja pokonał Kennedy'ego w prawyborach w Oregonie. Po raz pierwszy w dwudziestu siedmiu kolejnych wyścigach Kennedy przegrał wybory. 4 czerwca Kennedy odbił się i wygrał wielką, Kalifornię. Kilka minut po ogłoszeniu zwycięstwa został zastrzelony w hotelu Ambassador w Los Angeles. Zmarł 6 czerwca wraz z nasionami przyszłej Ameryki, którą nosił w sobie.

Cała antywojenna furia Partii Demokratycznej mogła teraz skupić swoje nadzieje na McCarthy'm. Pojechałem z rodziną, aby go zobaczyć 25 lipca na ogromnym wiecu w Fenway Park w Bostonie. Żona McCarthy'ego, Abigail, która była ściśle zaangażowana w kampanię, określiła okręg wyborczy McCarthy'ego jako „akademię zjednoczoną z mobilnym społeczeństwem naukowców, pedagogów, technologów i nową klasą po II wojnie światowej”. Jeśli to była twoja baza w 1968 roku, Fenway Park był idealnym miejscem do rozwiązania tego problemu.

Prawie czterdzieści tysięcy ludzi zostało ściśniętych na stadionie, którego oficjalna pojemność to mniej niż trzydzieści osiem tysięcy pięć tysięcy słuchanych na zewnątrz. McCarthy został przedstawiony przez Leonarda Bernsteina, człowieka praktykującego w dziedzinie histrioniki na podium. Wciąż słyszę, jak daje sygnał do wejścia McCarthy'ego – „Nawet teraz, wchodząc z trybun na środku boiska…”. . ”. Pod trybunami otworzyły się drzwi i McCarthy przeszedł przez pole do podestu mówcy w drugiej bazie.

McCarthy przyjął retorykę rewolucji. Miała to być rewolucja rozsądku i zdrowego rozsądku, oczywiście McCarthy był mieszkańcem Środkowego Zachodu i katolikiem. Nienawidził yippies i studenckich radykałów, których zachęcano jego studenckich wolontariuszy, by byli „czyści dla Gene”. Ale język rewolucji był tym, czego używałeś do mobilizacji antywojennych liberałów w 1968 roku. Tak więc McCarthy przemawiał w Fenway o „władzy ludu” i nazwał swoją kampanię „rodzajem powstania”.

McCarthy miał cierpki i nieco profesorski ton. „Prawie wszystko, z czego Kościół próbował zrezygnować na Soborze Watykańskim, zostało przechwycone przez Departament Obrony” – powiedział w pewnym momencie. Nie sądzę, by ta linijka wiele znaczyła w Cleveland, ale spotkała się z porozumiewawczymi chichotami i brawami w Bostonie.

Najgłośniejszą i najbardziej trwałą reakcję wywołał, gdy wspomniał o konwencji, a potem o miesiąc drogi w Chicago. „Każda wizyta w Chicago jest zawsze nękana pewnymi niepewnościami, pewnymi niebezpieczeństwami” – powiedział (brawa wskazujące, że niedopowiedzenie było zawsze doceniane), „ale myślę, że odniesiemy tam sukces”. Powiedział to najbardziej nonszalanckim tonem, jaki można sobie wyobrazić, ale wiwaty nie ustawały.

Były to wiwaty rozpaczy, hołd dla mężnego wysiłku, który nie mógł się powieść. Wszyscy w Fenway wiedzieli, że McCarthy nie ma delegatów. Musiałby wywołać panikę na Konwencji, by odebrać nominację Humphreyowi, który miał odziedziczyć delegatów Johnsona. W umysłach wszystkich, którzy byli wystarczająco dorośli, prawdopodobnie mignęło wspomnienie przemówienia, które McCarthy wygłosił na Konwencji Demokratów w 1960 roku, umieszczając nazwisko Adlaia Stevensona w nominacji. „Nie zostawiaj tego proroka bez honoru w jego własnej partii”, powiedział McCarthy, rozpoczynając demonstrację, która groziła kradzieżą Konwencji J.F.K. Ale piorun raczej nie uderzy dwa razy, aw 1960 Kennedy i tak wygrał w pierwszym głosowaniu.

Oglądaliśmy każdą minutę Konwencji z 1968 roku w naszej piwnicy i było kilka bardzo późnych nocy. Wszyscy pamiętają ataki policji i Gwardii Narodowej na demonstrantów na ulicach. W rzeczywistości sieci nie poświęciły wiele czasu na ich pokrycie. Z trzydziestu ośmiu godzin relacjonowania Konwentu CBS poświęciło demonstrantom trzydzieści dwie minuty. NBC poświęciła czternaście minut z dziewiętnastu godzin relacji.

Ale scena w holu — w Chicago Amphitheatre po południowej stronie, w pobliżu składowisk — była wystarczająco burzliwa. Reporterzy CBS Dan Rather i Mike Wallace zostali poturbowani przez pracowników ochrony. Po nieudanym głosowaniu nad antywojenną platformą, członkowie delegacji nowojorskiej rzucili się za broń i zaśpiewali „We Shall Overcome”. Kiedy senator Abraham Ribicoff z Connecticut wygłaszał przemówienie, burmistrz Chicago Richard Daley krzyczał na niego: „Pieprz się, ty sukinsynu Żydu, ty nędzny sukinsynu, idź do domu”.

Delegaci antywojenni przegrywali każdą bitwę. Próba powołania Edwarda Kennedy'ego w ostatniej chwili została przerwana, a Humphrey wygrał nominację w pierwszym głosowaniu, z około siedemset tysiącami delegatów, o osiemset czterdzieści siedem więcej niż reszta pola.

Konwencja spowodowała rozbicie partii. McCarthy odmówił poparcia Humphreya, który rozpoczął jesienną kampanię daleko w sondażach. „W tej chwili nie żyjesz” – powiedział mu jego kierownik kampanii, Lawrence O’Brien.Wrócił i prawie nadrobił różnicę. Pod koniec września w końcu zerwał z Johnsonem i ogłosił, że powstrzyma bombardowanie. Pod koniec października McCarthy ostatecznie poparł Humphreya. To nie wystarczyło. 5 listopada wydarzyło się coś, co byłoby nie do pomyślenia kilka lat wcześniej: Richard Nixon został wybrany na prezydenta.

Historia tych wyborów została opowiedziana w wielu książkach, od The Making of the President 1968 Theodore'a H. White'a i Lewisa Chestera, Godfreya Hodgsona i mamuta Bruce'a Page'a An American Melodrama, obu wydanych w 1969 roku, do Michaela A. „American Maelstrom” Cohena, który ukazał się w 2016 roku. Pojawia się w klasycznych historiach okresu powojennego, w tym „America in Our Time” Hodgsona, „The Unraveling of America” Allena J. Matusowa, G. Calvin MacKenzie i Robert „Godzina liberałów” Weisbrota i „Lata sześćdziesiąte” Todda Gitlina. Opowieść o wyborach prezydenckich w 1968 roku jest jak poezja ustna, saga przekazywana z barda na barda, której nikt (może nikt w pewnym wieku) nie wydaje się słuchać.

„Playing with Fire: The 1968 Election and the Transformation of American Politics” (Penguin) Lawrence'a O’Donnell jest najnowszym z tego ciągu recytacji. O’Donnell jest gospodarzem „The Last Word”, w MSNBC pracował na Capitol Hill, a także był scenarzystą i producentem „The West Wing”. Jego książka opiera się prawie wyłącznie na opublikowanych źródłach, więc niewiele wnosi do tego, co wiemy. Ale jest utalentowanym gawędziarzem, a jego analiza taktyki kampanii jest wnikliwa.

A historia tych wyborów nadal ma znaczenie. W 1968 roku Amerykanie wybrali człowieka z pewną mądrością i bez zasad. W 2016 roku wybrali mężczyznę bez żadnego. Książka O’Donnell sprawia, że ​​trochę łatwiej jest zrozumieć, w jaki sposób dotarliśmy stamtąd do tego miejsca. Okazuje się, że odległość nie jest aż tak wielka.

Amerykanie mają tendencję do lekceważenia wyborów prezydenckich. Nie chodzi o to, że wyniki nie są konsekwentne. Ma znaczenie, która partia i która osoba w której partii jest w Białym Domu. Błędem jest interpretowanie elekcji jako wskaźnika opinii publicznej (sam jest czymś w rodzaju platońskiej abstrakcji).

W bliskich wyborach, takich jak w latach 1960, 1968 i 1976, głosowanie jest zasadniczo równoznaczne z rzutem monetą. Gdyby głosowanie odbyło się tydzień wcześniej, tydzień później lub w deszczowy dzień, wynik mógłby być odwrócony. Ale interpretujemy wynik tak, jakby odzwierciedlał intencję narodową, zbiorową decyzję ludzi, aby zjednoczyć się za R. i odrzucić D. Nawet jeśli zwycięzca otrzymuje mniej głosów niż przegrany, jak w 2000 i 2016 roku, mówimy o narodowe nastroje i kierunek prawie wyłącznie w odniesieniu do zwycięskiego kandydata i jakby zniknęła osoba, która bardziej preferowała wyborców, jej stanowiska ledwo warte są opisania.

Miliony więcej Amerykanów głosowało na Baracka Obamę w 2008 i 2012 roku oraz na Hillary Clinton w 2016 roku niż na Donalda Trumpa, ale wyborca ​​Trumpa jest teraz bohaterem narodowej narracji. Ludzie mówią o tym, jak Amerykanie chcą powstrzymać globalizację – mimo że większość Amerykanów, którzy głosowali, nie chce czegoś takiego. Stany Zjednoczone są jedną z nielicznych demokracji, które nie mają rządu koalicyjnego, a system wyborczy typu „zwycięzca bierze wszystko” rodzi pundite typu „zwycięzca bierze wszystko”.

Interpretacja „zwycięzca bierze wszystko” wyborów z 1968 r. była taka, że ​​wraz z porażką Huberta Humphreya naród odrzucił liberalizm. Wybory rzekomo oznaczały upadek ideologicznego konsensusu, który dominował w polityce krajowej od czasu wyboru Franklina Roosevelta w 1932 r. i który umożliwił politycznie wykorzystanie programów rządowych do zaradzenia nierównościom wolnorynkowego kapitalizmu.

Ale czy Humphrey przegrał, ponieważ był liberałem, czy też dlatego, że prowadził kampanię dla głuchych tonów? „Oto jesteśmy, taka, jaka powinna być polityka w Ameryce, polityka szczęścia, polityka celu i polityka radości”, ćwierkał w przemówieniu, w którym ogłosił swoją kandydaturę. Data była 27 kwietnia 1968 roku. Martin Luther King Jr. został zamordowany trzy tygodnie wcześniej. To był dziwny moment, by wprowadzić frazę typu „polityka radości”. I chociaż Johnson został właśnie zmuszony do wycofania się z wyścigu przez dwóch kandydatów, którzy sprzeciwiali się jego polityce wobec Wietnamu, Humphrey nie wspomniał o Wietnamie w przemówieniu.

Nawet po nominacji wydawał się niechętny odcinaniu się od polityki, do której elektorat wyraźnie stracił cierpliwość. Jednak głosowanie powszechne było zaskakująco bliskie. Margines wynosił osiemset tysięcy głosów, siedem dziesiątych jednego procenta całości. Część demokratycznej bazy się nie pojawiła, a niektórzy Demokraci – moja matka była jedną z nich – głosowali, ale nie zaznaczali pola na prezydenta (kolejny symboliczny protest wykonany dla lokalnej publiczności). Humphrey zdobył o dwanaście milionów mniej głosów niż Johnson w 1964 roku, a mimo to prawie zdobył większość głosów. Aż trudno uwierzyć, że dwanaście milionów ludzi świadomie przyjęło liberalizm w 1964 roku i świadomie go odrzuciło cztery lata później.

O’Donnell twierdzi, że lekcja z 1968 roku jest taka, że ​​„ruch pokojowy wygrał”. I chociaż jego McCarthy nie jest postacią całkowicie sympatyczną – w dużej mierze opiera się na biografii Dominica Sandbrooka z 2004 roku, w której McCarthy jest kwaśny i powściągliwy – jest on bohaterem opowieści O’Donnell. „Ostatnie słowo na temat Gene'a McCarthy'ego”, mówi, „powinno zawsze brzmieć, że nikt nie zrobił więcej, aby powstrzymać zabijanie w Wietnamie, niż senator Eugene McCarthy”.

Z wielu powodów wydaje się to naciągane, z których najbardziej oczywistym jest to, że McCarthy przegrał, a wojna trwała jeszcze przez siedem lat. Nixon nie chciał być prezydentem, który stracił Azję Południowo-Wschodnią na rzecz komunizmu, podobnie jak Johnson, i nie miał też pojęcia, jak zakończyć wojnę. Ponad jedna trzecia wszystkich Amerykanów zabitych w Wietnamie zginęła podczas jego prezydentury.

To nie było tak, że Nixon kończył wszystko. W 1970 roku rozszerzył wojnę na Kambodżę. Podczas ostatniego z największych zakłóceń w kampusie protestujący studenci zostali zabici w Kent State w Ohio oraz w Jackson State College w Mississippi. W 1972 roku, po ponownym złożeniu obietnicy zakończenia wojny, Nixon zarządził tak zwane bożonarodzeniowe bombardowanie Wietnamu Północnego: w ciągu dwunastu dni około siedemset czterdzieści lotów bojowych B-52 zrzuciło dwadzieścia tysięcy ton bomb. Szacuje się, że zginęło 1600 Wietnamczyków.

Celem bożonarodzeniowych bombardowań było wywarcie nacisku na Wietnam Północny, aby wynegocjował zakończenie walk, które ostatecznie miały miejsce w 1973 roku. Ale w 1975 roku Wietnamczycy Północni wkroczyli do Sajgonu i zjednoczyli kraj pod rządami komunistycznymi, dokładnie taki wynik, jaki Francja i Stany Zjednoczone walczyły o to od trzydziestu lat. Do tego czasu Nixon zrezygnował, a Gerald Ford był prezydentem. Kiedy O’Donnell pisze, że „ruch pokojowy wypędził siły amerykańskie z Wietnamu, a nie armię północnowietnamską”, popełnia ten sam błąd, który popełniła każda administracja: wyobrażając sobie, że to decyzje podjęte przez Amerykanów decydowały o losie Wietnamu.

O’Donnell uważa, że ​​nominacja Nixona oznaczała koniec liberalizmu, przynajmniej w Partii Republikańskiej. Zgadza się: pewien typ republikańskiego polityka, typ reprezentowany przez Nelsona Rockefellera (gubernatora Nowego Jorku, który prowadził słabo zorganizowaną i beznadziejnie spóźnioną kampanię przeciwko Nixonowi), George Romney (gubernator Michigan, który wybił się z republikańskie prawybory wcześnie, mówiąc reporterowi, że zrobiono mu „pranie mózgu” na temat Wietnamu), a John Lindsay (burmistrz Nowego Jorku, który według niektórych głupio miał nadzieję, że może być wiceprezydentem Nixona), w dużej mierze zniknęli z partii po 1968 roku. Ale to pozostawia pytanie: dlaczego ich zwolennicy nie zostali demokratami? W tym miejscu diagnoza staje się skomplikowana.

Ludzie, którzy piszą i spierają się o politykę, są ideologami. Zajmują spójny zestaw stanowisk, które identyfikują jako liberalne lub konserwatywne (lub jakiś wariant, jak libertarianin lub lewicowiec). Ale dla milionów wyborców te terminy prawie nic nie znaczą. Wyborcy ci nie myślą w kategoriach ideologicznych, a ich stanowiska w tych sprawach są często niespójne i niespójne. Mając taką możliwość, czasami identyfikują się jako umiarkowani lub centryści, ale niewiele nam to mówi o tym, jak będą głosować.

Fakt, że wyborcy często reagują na wskazówki nieideologiczne, pomaga wyjaśnić pozorną zmienność elektoratu w zależności od rasy. Na przykład w 1964 roku, walcząc przeciwko Goldwaterowi, konserwatyście z Arizony, Johnson zdobył sąsiedni stan Kalifornia, zdobywając pięćdziesiąt dziewięć procent głosów. Dwa lata później, działając jako konserwatysta, który w 1964 roku wyraźnie poparł Goldwatera, Ronald Reagan został wybrany na gubernatora Kalifornii z prawie pięćdziesiąt osiem procent głosów. W wyborach prezydenckich w 1968 r. czterdzieści procent ludzi, którzy głosowali na Johnsona w 1964 r., głosowało na Nixona, mimo że przeciwnikiem Nixona był wiceprezydent samego Johnsona. Na jakie sygnały odpowiadali ci wyborcy?

Po zwycięstwie Nixona dwie książki, z których obie stały się niezwykle wpływowe, zawierały wyjaśnienia. Według „Prawdziwej większości” Richarda Scammona i Bena Wattenberga, wybory z 1968 roku dowiodły, że szczególnie w czasach skrajnych, takich jak późne lata sześćdziesiąte, centryzm był zwycięską pozycją. Nixon znalazł się w centrum, podczas gdy Humphrey i Demokraci pozostali kojarzeni ze skrajnościami.

Centryzm wymaga delikatnego balansowania, w czym Nixon, człowiek z wieloma wrodzonymi zobowiązaniami jako polityk, okazał się wyjątkowo dobry. Sprzeciwiał się polityce administracji Johnsona-Humphreya w sprawie wojny, ale nie miał własnej polityki. (Nixon nigdy nie twierdził, często mu przypisywany, że miał „tajny plan zakończenia wojny”. To zdanie zostało wymyślone przez reportera). faworyzowali eskalację, która w Nixonie stanowiła sympatyczną alternatywę.

W tym samym czasie Nixon wymyślił pozycję, na której mógłby biec. Stał się kandydatem „prawa i porządku”. Goldwater użył tego wyrażenia w 1964 roku, tak samo Reagan w 1966 roku. To był genialny slogan polityczny, gwizd, który słyszało wiele psów. Transponował kwestie polityczne, takie jak prawa obywatelskie i Wietnam, do tego, co wydawało się być prostym stanem prawnym: przestępczość jest zła, a przestępcy powinni być ukarani.

Dla liberałów, którzy wierzyli w słuszność demonstracji praw obywatelskich i protestów antywojennych, towarzyszące im zakłócenia i przemoc były spowodowane nadmierną reakcją władz. Jednak w przypadku większości wyborców zakłócenia i przemoc były winą demonstrantów. Większość ludzi nie lubi prawości u innych. Mogą być w tym całkiem słuszni.

Dla tych wyborców nie było sprzecznością wyrażanie poparcia dla równości rasowej i potępianie maszerujących w Birmingham i Selma, lub sprzeciwianie się wojnie w Wietnamie i przekonanie, że ludzie tacy jak Tom Hayden i Abbie Hoffman powinni zostać zamknięci. W sondażach przeprowadzonych w 1968 r. tylko trzy procent wyborców, którzy sprzeciwiali się polityce Johnsona w Wietnamie, sympatyzowało również z protestującymi przeciwko wojnie. Moi rodzice byli częścią tych trzech procent.

Politycznie najważniejszym wydarzeniem w Stanach Zjednoczonych w 1968 roku było zatem zabójstwo 4 kwietnia Martina Luthera Kinga. W ponad stu miastach wybuchły zamieszki. Zginęło 39 osób, a dwadzieścia tysięcy aresztowano. Rozlokowano ponad pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy. Waszyngton stał się strefą wojny. W Newark w stanie New Jersey wybuchło prawie dwieście pożarów. Duża liczba białych Amerykanów nie interpretowała tego zaburzenia w kategoriach sprawiedliwości społecznej. Zinterpretowali to jako rozpad społeczeństwa obywatelskiego. Uczestnicy zamieszek nie byli czarni ani biali, byli podpalaczami i szabrownikami (którzy byli czarni). Nixon wykazał, że przewaga polityczna wynikała z unikania podstawowych problemów. Dał ludziom szanowane powody do głosowania na kandydata, którego faworyzowali, ponieważ to, co mogli się martwić, nie było tak szacownymi powodami.

Drugą wpływową książką po 1968 r. była „Wschodząca większość republikańska” Kevina Phillipsa, opublikowana w 1969 r. Jest to książka, która spopularyzowała to, co stało się znane jako Strategia Południa. Podobnie jak Scammon i Wattenberg, Phillips zauważył, że miliony wyborców odrzuciło to, co uważali za ekstremizm, ale nadał nazwę temu, co uważał za kluczową kwestię. Nazwał to „problemem Murzynów”.

Ważną wiadomością w wyborach w 1964 roku było to, że Republikanin przewoził pięć południowych stanów: Alabama, Missisipi, Luizjana, Georgia i Południowa Karolina. To był pierwszy raz, kiedy te stany nie stały się demokratyczne od czasu odbudowy, i powód nie był niejasny. Głosowanie było białą reakcją na ustawę o prawach obywatelskich z 1964 r., przeciwko której głosował senator Goldwater. Goldwater nie był segregacjonistą, był konserwatystą praw stanowych. Ale przerzucił Południe na Partię Republikańską.

Kluczem do wykorzystania tej zmiany w przymierzu partii, jak rozumiał Nixon, nie było przeciwstawienie się ruchowi praw obywatelskich, ale zmuszenie Partii Demokratycznej do przejęcia go na własność. Kennedy dostrzegli w tym niebezpieczeństwa i bardzo uważali, żeby nie wyglądać na zbyt blisko Kinga. Ale Johnson skutecznie umieścił swoją osobistą markę w ustawie o prawach obywatelskich i ustawie o prawach głosu, a zatem partia musiała przejąć bagaż miejskich zamieszek i bojowości grup takich jak Czarne Pantery. Republikanie nie musieli mówić ani słowa przeciwko integracji. Wystarczyło, że porozmawiali o prawie i porządku.

Mimo to Nixon nie poprowadził Głębokiego Południa w wyborach powszechnych. George Wallace to zrobił. A Wallace nie używał gwizdka na psa. Wallace był psem. Został wybrany gubernatorem Alabamy w 1962 roku, kiedy oficjalnym logo Partii Demokratycznej Alabamy był kogut z transparentem nad nim z napisem „Biała Supremacja”. Następnego lata zdobył uznanie w całym kraju, gdy sprzeciwił się próbie zapisania pierwszych czarnych studentów na University of Alabama w Tuscaloosa – „stoisko w drzwiach szkoły”. (Konfrontacja została zainscenizowana, aby pozwolić Wallace'owi wyrazić swój punkt widzenia w zamian za pozwolenie uczniom się zapisać. Ci studenci, Vivian Malone i James Hood, zostali cicho wpuszczeni przez inne drzwi).

Rok później Wallace startował w prawyborach Demokratów i zaskoczył wielu ludzi, zdobywając jedną trzecią głosów w Wisconsin i ponad czterdzieści procent w Maryland. W 1968 r. kandydował jako niezależny, mając nadzieję na zdobycie wystarczającej liczby głosów elektorskich, by odmówić większości kandydatom, dając sobie tym samym wpływ na wybór następnego prezydenta.

Wallace kilkakrotnie przyjeżdżał do Massachusetts latem 1968 roku na prośbach o podpisy, aby dostać się do głosowania. Słyszałem go na jednej z tych wypraw. Tłum był niewielki i przeważnie wrogo nastawiony. Zdumiało mnie to, że Wallace wygłaszał wszędzie kikutowe przemówienie, które składało się prawie wyłącznie z drwin, obelg i gróźb. Nie rozumował ze swoimi przeciwnikami.

Profesorów i biurokratów z Waszyngtonu nazywał „maminsynkami” i kpił z „brodatego profesora, który myśli, że wie, jak rozwiązać wojnę w Wietnamie, kiedy nie ma dość rozsądku, by zaparkować rower prosto”. Powiedział, że jako prezydent będzie szukał aktów oskarżenia dla „każdego profesora college'u, który mówi o nadziei, że Wietkong wygra wojnę”. Po jego przemówieniu lubił zapraszać opryszków, aby weszli na scenę. „Zrobię ci autografy na sandałach” – mówił. Powiedział dziennikarzom: „Pozwoliłbym policji rządzić tym krajem przez kilka lat. Nie mówię o państwie policyjnym, ale czasami potrzeba państwa policyjnego, by kierować niektórymi ludźmi”. Wyborcom nie trzeba było mówić, kim są „niektórzy ludzie”.

Wallace zdobył zaledwie trzy procent głosów w Massachusetts, ale jego występ był dobrze grany w dużej części kraju, gdzie przemawiał do entuzjastycznie nastawionej publiczności. Po wiecu w Madison Square Garden kibice wymaszerowali, skandując „biała supremacja!” Ludzie mówili dziennikarzom, że go podziwiają, ponieważ „mówi to, co myśli”.

Pod koniec wyścigu jeden z reporterów zajmujących się Wallace, Douglas Kiker, próbował wyjaśnić to zjawisko. „To tak, jakby gdzieś, jakiś czas temu, George'a Wallace'a obudziła biała, oślepiająca wizja: wszyscy nienawidzą czarnych ludzi, wszyscy” – napisał Kiker w Nowy Jork. „Wszyscy się boją, wszyscy. Dobry Boże! Otóż ​​to! Wszyscy są z Południa! Całe Stany Zjednoczone to Południe! Każdemu, kto podróżuje obecnie z Wallace w swojej kampanii prezydenckiej, trudno oprzeć się dojściu do tego samego wniosku.

Wielkim błędem Wallace'a, pod koniec kampanii, było wyznaczenie na swojego towarzysza byłego generała Curtisa LeMay'a, który opowiadał się za użyciem broni jądrowej w Wietnamie. LeMay przeraził wszystkich, a Wallace uzyskał trzynaście procent głosów. Został również zraniony, tak jak ranny był Humphrey, będąc stale widzianym w telewizji w otoczeniu rozwścieczonych protestujących. To były sceny, od których ludzie głosowali, aby uciec. Ale Wallace poprowadził południowe stany, które Goldwater wygrał w 1964 roku i, jak wszyscy teraz wiedzą, zaoferował przedsmak demagogii.

Przedmioty w lusterku wstecznym często są naprawdę bliżej, niż się wydaje. Od Wallace'a do Trumpa nie jest tak daleko. Skupienie się na wyborach prezydenckich sprawia, że ​​trudno zauważyć, że w kolejnych wyborach głosują prawie ci sami ludzie, a większość ludzi niewiele się zmienia w czasie. Prezydencja to odbijająca się po powierzchni piłka plażowa, zwycięzca artefakt okoliczności, że do wyboru jest zwykle tylko dwóch kandydatów. „Opinia publiczna”, czyli siły, które ją poruszają, biegną pod powierzchnią i mają znacznie wolniejsze tempo.

W badaniu „Deeply Divided” z 2014 r. politolodzy Doug McAdam i Karina Kloos argumentują, że od 1960 r. naszą polityką rządzą dwa ruchy: ruch na rzecz praw obywatelskich i to, co nazywają „przeciwruchem”, który można ogólnie określić jako antyintegracjonista. Obejmuje rasistów, ale także wielu białych Amerykanów, którzy uznają zasadę równości rasowej, ale sprzeciwiają się mimowolnemu mieszaniu ras, ludzi, którzy akceptują, a nawet bronią de facto segregacji. „Upadek powojennego konsensusu”, twierdzą McAdam i Kloos, nie był spowodowany tym, że Wietnam „miał wszystko, co miało związek z rasą”.

Biali wyborcy porzucili Partię Demokratyczną. W 1968 Humphrey otrzymał trzydzieści osiem procent głosów białych.W 1972 roku George McGovern dostał 32 procent. W 1980 roku Jimmy Carter, biały południowiec, otrzymał trzydzieści sześć procent. W 2016 roku Hillary Clinton, walcząca z toksycznym przygłupem, który jest teraz twarzą naszej polityki, otrzymała 37 procent.

Jedną z rzeczy, która zaskoczyła analityków odnośnie wyborców Wallace'a, było to, jak byli młodzi. Większość obserwatorów podczas kampanii wydawało się, że Wallace odwołuje się do starszych wyborców, którzy czuli się niekomfortowo ze zmianami społecznymi lub nie chcieli porzucić starych uprzedzeń. Obserwatorzy ci zakładali, że Stany Zjednoczone zestarzeją się z tych postaw, gdy nastanie nowy dzień tolerancji i równości. Jestem pewien, że my, biali liberałowie z Massachusetts, w coś takiego wierzyliśmy. Myśleliśmy, że niesprawiedliwość rasowa i amerykańska wyjątkowość leżą na śmietniku historii, a ostatni oddech dał nam dopiero wybór Nixona w szalonym i niefortunnym roku wyborczym. Myśleliśmy, że zdobycze liberalizmu z połowy stulecia są trwałe.

Cierpiliśmy z powodu dwóch urojeń. Po pierwsze, zakończenie dyskryminacji de iure oznaczało zakończenie dyskryminacji. Teraz wiemy o tym lepiej. Jednak inne złudzenie utrzymuje się. To stereotyp młodzieży lat sześćdziesiątych jako postępowej i liberalnej. Oczywiście byli tacy młodzi ludzie i mieli dużo prasy. Jednak większość młodych ludzi w latach sześćdziesiątych nie walczyła o prawa obywatelskie ani nie protestowała przeciwko wojnie w Wietnamie. Nie mieli sandałów do autografu. Jak młodzi ludzie w każdej epoce, większość z nich była jak ich rodzice. ♦

Wcześniejsza wersja tego artykułu błędnie określała wiek Roberta Kennedy'ego w 1968 roku. Miał czterdzieści dwa, a nie czterdzieści trzy lata. To również błędnie podało datę prawyborów w Kalifornii w 1968 roku. Było to 4 czerwca, a nie 5 czerwca.


Obejrzyj wideo: Rena Rolska i Jerzy Połomski - Po Łazienkach wiatr 1968 r. (Sierpień 2022).